• Polska,  Rowerem,  Travel

    Białowieża i Białowieski Park Narodowy

    10 sierpnia, piątek – skierowałyśmy rowery w stronę Białowieży. Szlak oczywiście musiał stawać okoniem i okazał się zamknięty – nie wiem, czy powodem była przebudowa, czy trwające protesty w obronie korników, faktem jest, że trzeba było szukać trasy alternatywnej. Koniec języka za przewodnika i dostajemy wytyczne, których i tak nie udało nam się wypełnić. Jakieś kłody, pokrzywy, zmusiły nas do wcześniejszej ucieczki, ale ostatecznie wróciłyśmy na Green Velo tuż za blokadą kończącą zamknięty odcinek.

    białowieski park narodowy
    You shall not pass…

    DROGA PRZEZ PUSZCZĘ

    Jadąc przez puszczę miałyśmy widok z pierwszego rzędu na bardzo głośny wtedy temat kornika i wycinki chorych drzew. Całe połacie martwych świerków sprawiały straszne wrażenie. Trwał tak zwany spór o puszczę. Zarzucano leśnikom wycinkę na niespotkaną skalę, podczas gdy na miejscu, na żywo, okazywało się, że to jakaś sztucznie nakręcana afera potrzebna zapewne komuś do celów politycznych.

    Według danych Lasów Państwowych aktywność kornika zaczęła od 2013 roku drastycznie rosnąć, ale nie spowodowało to masowej wycinki. W 2016 roku wycięto 40 z prawie 500 tysięcy zaatakowanych drzew.

    Na trasie szlaku Green Velo znajduje się jedna z okolicznych atrakcji Szlak Dębów Królewskich. Postanowiłyśmy skorzystać i przejść się szlakiem liczącym jakieś 500 metrów, prowadzącym po kładce przez las. Znów spotkał nas zawód. Największe dęby można było spokojnie obejrzeć z drogi, te rosnące na trasie, czasem nawet ciężko było dojrzeć pośród drzew.

    Bilet wstępu na trasę kosztuje 7,00zł [ulgowy 5,00]

    Białowieski Park Narodowy Green Velo

    BIAŁOWIEŻA

    Białowieża okazała się uroczym miasteczkiem. Pełnym zieleni – leży w końcu w Puszczy Białowiejskie i na skraju Białowieskiego Parku Narodowego, z atrakcyjną architekturą.

    Głównymi atrakcjami są Białowieski Park Narodowy oraz Park Pałacowy.

    Puszcza Białowieska była przez wieki miejsce polowań lubianym przez możnowładców, dlatego już w XVI wieku istniał tu dwór. Najstarsza wzmianka o Białowieży pochodzi z kronik Jana Długosza, który opisywał polowania Jagiełły gromadzącego zapasy na wojnę z Krzyżakami. Na polowania przyjeżdżał tu Zygmunt August, Stefan Batory, Wazowie, August III Sas czy Poniatowski, ale pałacu z prawdziwego zdarzenia Białowieża doczekała się dopiero od cara Aleksandra III. Budowa rozpoczęła się w 1889 roku, a ukończony pałac musiał być piękny. Drewno do jego budowy było specjalnie preparowane, żeby nabrało ciemniejszej barwy, parkiety były ułożone na cienkiej warstwie piasku, żeby nie skrzypiały, wykończenia z zaczernianego żelaza i brązu, wypalane ornamenty… 

    Białowieża pałac

    Niestety pałac dotrwał jedynie do roku 1944. W pewną lipcową noc spłonął strawiony przez ogień zaprószony przez wojska węgierskie.

    Białowieża park brama
    Brama to jedyna zachowana część carskiego pałacu. Mieściła się w niej zbrojownia i wartownia, a dzisiaj znajdziecie tu galerię i sklepik.

    Pałac leżał na terenie parku, który zachował się do dzisiaj. Przy wejściu do niego wykopano dwa bliźniacze stawy – miały, z lotu ptaka, przypominać skrzydła orła z herbu Romanowów.

    Białowieża dworek gubernatora
    Dworek Gubernatora z 1845 roku znajdujący się w parku.

    W miasteczku zobaczyć można również cerkiew świętego Mikołaja z ikonostasem z chińskiej porcelany. Sprowadzony z Petersburga ikonostas jest obecnie jedynym takim w Polsce.

    Historia cerkwi w Białowieży to historia wielu nietrwałych, czy może niedbale budowanych budowli, które szybko popadały w stan, w którym trzeba je było rozbierać. Budowę cerkwi murowanej, obecnej, zaprojektowanej przez wileńskiego architekta Pimienowa, rozpoczęto wkrótce po rozpoczęciu prac budowalnych przy pałacu. Jeszcze przed jej ukończeniem, 20 sierpnia 1894 roku, zwizytował ją car Aleksander III, jej fundator. 22 stycznia 1895 r. (według starego stylu) nastąpiło wyświęcenie nowej świątyni. W historii budowy cerkwi znajdziemy śląski rys – cegły do jej budowy wyrabiał na miejscu sprowadzony z Górnego Śląska Juliusz Karol Miller.

    BIAŁOWIESKI PARK NARODOWY

    Teren Białowieskiego Parku Narodowego obejmuje Obręb Ochronny Rezerwat i Obręb Ochronny Ośrodka Hodowli Żubrów. W skład pierwszego wchodzą obszar podlegający ochronie ścisłej, ochronie czynnej, oraz ochronie krajobrazowej. Obręb Ochronny Rezerwat podzielony jest na Obwody Ochronne: Gruszki, Zamosze, Masiewo, Cupryki, Sierganowo, Dziedzinka. Druga to dwa rezerwaty hodowlane i Rezerwat Pokazowy Żubrów wraz z zapleczem oraz hodowla wolna mająca na celu restytucję żubra w polskiej części Puszczy Białowieskiej. Jest to drugi najstarszy park w Polsce.

    Obszar Ochrony Ścisłej został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Chroni on ostatni w Europie fragment lasu pierwotnego – zachowany w stanie naturalnym bór niżowy. W tej części parku zaniechano ingerencji człowieka – nie ścina się drzew, ani nie usuwa tych, które padną. Przyroda radzi sobie sama. Na teren rezerwatu ścisłego można wejść jedynie z certyfikowanym przewodnikiem, w małych grupach [do 10 osób].

    białowieski park narodowy rezerwat ścisły
    Wejście do rezerwatu ścisłego.

    Żeby zwiedzić rezerwat ścisły należy się zapisać na wycieczkę z przewodnikiem. Listę biur turystycznych, które to organizują, znajdziecie na stronie Parku, ale wystarczy przejść się w okolicę parku pałacowego, żeby znaleźć budkę, w której zapiszecie się na wycieczkę. My zapisałyśmy się na dzień kolejny, na rano, w sezonie turystycznym, więc zakładam, że nie będziecie mieć problemu ze znalezieniem terminu. Przewodniczka trochę opowiadała o parku, ale głównie skupiła się na tym, żebyśmy z wizyty coś wynieśli, więc uczyła nas jak rozpoznawać drzewa po ich korze. Nawet udało mi się coś zapamiętać 🙂

    Wycieczkę ledwo udało nam się dokończyć, a później nastąpiła powódź. Przez park pałacowy wracałam boso po kolana w wodzie. Resztę dnia musiałyśmy spędzić na kwaterze, która na szczęście miała zadaszony taras, więc nie siedziałyśmy zamknięte w pokoju. Towarzyszył nam lokalny trunek o nazwie Kornik.

    Bilet wejścia do rezerwatu kosztuje 8,00 PLN [ulgowy 4,00 – stan na 29.05.22 – aktualny cennik na stronie]

    ŻEBRA ŻUBRA I REZERWAT POKAZOWY

    Ścieżkę Żebra Żubra i rezerwat musiałyśmy, z powodu pogody, odłożyć i odwiedziliśmy je kolejnego dnia przed wyruszeniem w dalszą drogę.

    Kładka żebra żubra

    Kładka Żebra Żubra to ścieżka prowadząca przez podmokłe rejony puszczy. Wstęp jest bezpłatny, a trasa bardzo ładna. Przejście zajmuje około pół godziny. Jej położenie spokojnie znajdziecie w mapach Google. Wyremontowaną kładką można spokojnie przejść z rowerem. Trasa kończy się w okolicy Rezerwatu Pokazowego.

    Na terenie Rezerwatu Pokazowego Żubra, żyją nie tylko żubry. W warunkach zbliżonych do naturalnych żyją tu wszystkie występujące w puszczy ssaki kopytne i duże drapieżniki. Poza żubrami znajdziecie tu łosie, jelenie, sarny i dziki oraz wilki i rysie. Dodatkowo koniki i żubronia, krzyżówkę żubra z bydłem domowych. Na zwiedzenie rezerwatu nie potrzeba dużo czasu.


    Koniec dnia, w którym opuściłyśmy Białowieżę był początkiem końca naszej wyprawy. Tego dnia zaczęło mnie boleć kolano. Następnego dnia miałam nadzieję, że się rozjeździ, ale zamiast tego się zajechało. Musiałyśmy zjechać z trasy, żeby znaleźć fizjoterapeutę, ponieważ Google nie widziało żadnego na naszej dalszej trasie.

    Zapraszam na pierwszy wpis z wyprawy, w którym znajdziecie linki do wszystkich wpisów, lub kolejny etap naszej wyprawy – Green Velo – Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze.

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Green Velo i Kraina Otwartych Okiennic

    Czwartego dnia naszej wyprawy startowałyśmy z Gródka, odwiedziłyśmy Krainę Otwartych Okiennic i skończyłyśmy dzień w Narwi. Czyli znów uciekłyśmy ze szlaku Green Velo skuszone licznymi zachwytami nad Krainą. Szczerze? Mogłyśmy sobie darować.

    GRÓDEK

    Gródek to miejscowość, która w XV wieku stała się siedzibą magnackiego prawosławnego rodu Chodkiewiczów. Aleksander Chodkiewicz zbudował zamek, oraz założył monastyr, do którego sprowadził mnichów z góry Atos [wg. innej wersji z Kijowsko-Pieczerskiej Ławry]. To właśnie ci mnisi, podążając za spławionym rzeką krzyżem osiedlili się w przyszłym Supraślu.

    Na uwagę w Gródku zasługuje cerkiew p.w. Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Jest to cerkiew współczesna – kamień węgielny pod jej budowę położono 21 grudnia 1946 roku.

    KRAINA OTWARTYCH OKIENNIC

    Kraina Otwartych Okiennic to określenie obejmujące trzy wsie – Soce, Puchły i Trześciankę. Wg legendy spotkać tu można niespotykanie ozdobne okiennice domów. Wg legendy. Moim zdaniem równie atrakcyjne, a nawet ładniejsze znajdują się choćby w Białowieży.

    Pierwsza na naszej drodze była Trześcianka. Dotarłyśmy do niech piachami w upale więc marzyłyśmy o jakiejś ochłodzie. Wieś, rzekomo turystyczna, miała do zaoferowania jedynie zimne piwko wypite pod sklepem. Pani ekspedientka była bardzo miła, więc podpytałyśmy o pozostałe wsie i po rozmowie z nią zrezygnowałyśmy z wizyty w Soce. W Trześciance zrobiłam kilka zdjęć tych unikatowych zdobionych domów.

    Cerkiew św. Michała Archanioła w Trześciance z końca XIX wieku.

    Puchły najmniejsza wieś Krainy zamieszkała jest przez kilkadziesiąt osób. Dojeżdżając do niej ma się wrażenie, że dojeżdża się na koniec świata. Po kocich łbach docieramy do pięknej, niebieskiej cerkwi p.w. Opieki Matki Bożej. Z nazwą miejscowości związana jest legenda o schorowanym starcu ze spuchniętymi nogami, który siedział pod lipą rosnącą w miejscu, w którym dziś jest cerkiew. Pewnego razu, po modlitwie, zobaczył na drzewie wizerunek Matki Boskiej, a jego opuchlizna ustąpiła i był zdrowy. Miało to mieć miejsce w XVI wieku. Pierwsza wzmianka o cerkwi pochodzi z 1578 roku. Obecna cerkiew zbudowana została w latach 1913-1918.

    NAREW I NAREWKA

    Narew to miasteczko położone między dwoma parkami narodowymi – Białowieskim i Narwiańskim. Prawa miejskie otrzymała w 1529 roku, ale straciła w 1934. Wśród atrakcji Narwi znajduje się kościół parafialny p.w. Wniebowzięcia NMP i Św. Stanisława Biskupa Męczennika ufundowany przez króla Zygmunta Starego i jego małżonkę królową Bonę w 1528 roku [Narew była miastem królewskim]. W XVIII wieku świątynia podupadła na tyle, że konieczna była jej odbudowa.

    Kościół w Narwi

    Kolejną renowację musiano przeprowadzić po wojnie, w trakcie której kościół został podziurawiony kulami. Powstały wtedy polichromie. 

    Drugą wartą uwagi świątynią jest XIX – wieczna cerkiew pw. Podwyższenia Krzyża Świętego. Wnętrze cerkwi zostało całkowicie odrestaurowane po pożarze, który miał miejsce w 1990 roku.

    Cerkiew w Narwi

    Jednak największym, moim zdaniem, atutem Narwi jest okoliczna przyroda. Rozlewiska rzeki Narwi, lasy, łąki – potrafią wprowadzić w zachwyt. Zaliczyłyśmy nawet kąpiel w Narwi – która pomogła nam znieść upał tego dnia i dojechać do celu. A mama musiała zrobić przerwę, na przeczesanie okolicznych łąk.

    Tego dnia nocowałyśmy w Siemianówce, a następnego dnia spacerowym tempem ruszyłyśmy w stronę Białowieży, po drodze przejeżdżając przez Narewkę. Tam zobaczyłyśmy kolejną cerkiew – zadziwiająco normalną 🙂 oraz kościół z pomnikiem pamięci Inki, 18 letniej sanitariuszki rozstrzelanej przez komunistów w więzieniu w Gdańsku w 1946 roku. Inka uczęszczała do szkoły w Narewce.

    Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy w Narewce
    Wnętrze kościoła w Narewce

    Pozostałe wpisy z cyklu: Wstęp // Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski // Gródek, Kraina Otwartych Okiennic, Narew i Narewka // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Szlak Tatarski – Sokółka, Bohoniki, Kruszyniany rowerem

    Być na Podlasiu i nie zboczyć na Szlak Tatarski wydawało mi się bardzo złym pomysłem. Dlatego po noclegu w Supraślu ruszyłyśmy w stronę Sobótki, żeby następnie popedałować do Bohonik, Krynek, Kryszynian.

    Szlak Tatarski liczy sobie 57 kilometrów. Prowadzi od Sokółki poprzez Drahle, Bohoniki, Starą Kamionkę, Wierzchlesie, Talkowszczyznę, Nową Świdziałówkę, Nietupę i Kruszyniany. Na ziemiach tych Tatarzy osiedlili się w połowie XV wieku. W 1679 roku sejm w Barze nadał im ziemie w zamian za niewypłacony rząd. Mogli oni zachować swoją wiarę i budować meczety, ale żeniąc się musieli przyjąć polskie nazwiska.

    Zobacz dwa pierwsze wpisy z Green Velo: Wstęp oraz Białystok i Supraśl

    Droga do Sobótki dała nam trochę w kość. Najpierw błądziłyśmy bezdrożami, potem jechałyśmy drogą w stronę granicy. Non stop mijały nas TIRy, a dodatkowo droga prowadziła górkami. Moje przerzutki musiały się zrobić ciepłe z przepracowania. Nastawiło nas to deczko negatywnie do niczemu winnego miasteczka, którego i tak nie zamierzałyśmy przesadnie zwiedzać.

    SOKÓŁKA

    Historię osadnictwa tatarskiego można poznać w Muzeum Ziemi Sokólskiej. Mieści się tu także Punkt Informacji Turystycznej. My w muzeum nie byłyśmy. W Sokółce odwiedziłyśmy kościół p.w. św. Antoniego Padewskiego. Miejsce znane z cudu eucharystycznego, który miał miejsce w październiku 2008 roku. Podczas porannego nabożeństwa ksiądz upuścił opłatek, a następnie zgodnie z procedurą zalał go w naczyniu liturgicznym wodą celem jego rozpuszczenia. Jednak po upływie dwóch tygodni odkryto, że opłatek się nie rozpuścił, a na jego środku powstała krwista plamka, która zbadana okazała się fragmentem ludzkiego mięśnia sercowego w stanie agonalnym. 

    W mieście zjadłyśmy również pyszny obiad w Karczmie pod Sokołem. Za niewielką kwotę zjadłyśmy danie dnia – krupnik przypominający ambrozję i cudowne polędwiczki.

    BOHONIKI

    Kolejny punkt na trasie to były Bohoniki.

    Celem wizyty w Bohonikach był meczet. Opiekująca się nim pani Eugenia Radkiewicz zaczynała akurat przerwę, więc w krótkich żołnierskich słowach kazała nam iść oglądać mizar i wpaść na jedzonko, a potem przyjść do niej. Nie wyglądało na to, żebyśmy miały pole do dyskusji więc grzecznie spełniłyśmy polecenie. W domu pielgrzyma naprzeciwko meczetu wypiłyśmy po kompocie i zjadłyśmy na pół kawałek ciasta i pierekaczewnik z serem.

    Przewodniczka to urodzona gawędziarka, ale przy tym konkretna. Przekazała nam konieczną wiedzę, kilka osób opierniczyła za gadanie głupot. Było krótko, acz treściwie i przyjemnie. Przy wejściu do meczetu trzeba ściągnąć buty. Wnętrze, chociaż małe, podzielone jest na część męską i żeńską, ale podczas zwiedzania nie trzeba się dzielić 🙂 Na koniec przewodniczka zagoniła nas wszystkich po kolei do zdjęcia.

    Meczet w Bohonikach został zbudowany w drugiej połowie XIX wieku.

    KRYNKI

    Z Bohonik pojechałyśmy do Krynek. Tuż za Wierzchlesiem nagle urwał się asfalt. Zaczęłyśmy się śmiać, że lada chwila będziemy gotowe na kolejną wyprawę – rowerem wzdłuż wybrzeża plażą.

    Nazwa miasteczka – Krynki, pochodzi od krynic, źródeł dawniej tu bijących, z których woda miała cudownie uleczyć królową Jadwigę z dolegliwości żołądkowych. Jadwiga nie zamierzała wody z Krynek pić, ale poprosiła swojego męża, żeby przywiózł jej wody ze źródła na Litwie, znanego z leczniczych właściwości. Król, nie król – wiadomo jak to jest chłopa o coś poprosić. Jagiełło o prośbie zapomniał, wody z Litwy nie zabrał, za to na popasie w rejonie dzisiejszych Krynek kazał słudze nabrać wody z lokalnego źródła. Później ten sam sługa, za dobry wybór, ziemie te dostał w prezencie. Król wrócił do Krynek w 1434 roku. Tu odnowiona została jedność Litwy z Koroną przy dzbanie lokalnej wody 🙂

    W drugiej połowie XVIII wieku Krynki zyskały swój – unikatowy na skalę krajową – układ rynku. Od sześciobocznego placu, dziś parku, odchodzi promieniście dwanaście ulic. Jak w wielu miejscowościach tego rejonu jest to miasto wielokulturowe. A raczej było. Obok siebie mieszkali tu katolicy i prawosławni, Żydzi i Tatarzy.

    KRUSZYNIANY

    Z Krynek pojechałyśmy prosto do Kruszynian nie bawiąc się w trzymanie się szlaku w nadziei na spokojny dzień jazdy po asfalcie. I owszem do Kruszynian udało nam się dojechać, ale zaraz za nimi było bye bye asfalcie i witaj piaszczysta tarko. Cywilizowana droga wróciła dopiero w Waliłach, w których wracałyśmy na Green Velo.

    Tak wyglądała jazda piaszczystą tarką. Wykańczała. Przez nią, zdecydowałyśmy się skończyć dzień w Gródku, chociaż stan liczników nie powalał [nocleg, jak się okazało, też]

    W Kruszynianach obejrzałyśmy z zewnątrz drugi z dwóch drewnianych meczetów Polski. Na zwiedzanie się nie zdecydowałyśmy – przewodniczka z Bohonik wyczerpała temat. Poza tym przed nami była duża wycieczka i nie chciało nam się czekać. 

    W Kruszynianach poza meczetem znajdziecie również mizar założony w XVIII wieku. Najstarszy nagrobek pochodzi z 1786 roku. Co roku odbywa się też tutaj Sabantuj – Festiwal Tradycji i Kultury Tatarów Polskich. W 2022, jeśli zostanie zniesiony stany wyjątkowy przy granicy [podejrzewam, że sytuacja na Ukrainie też będzie miała wpływ], Sabantuj planowany jest na 16 lipca. W programie warsztaty, kuchnia tatarska, rekonstrukcja bitwy pod Parkanami, pieczony baran, tatarskie gry i zabawy, występy.

    Kulturę tatarską poznać można lepiej w otwartym w 2015 roku  Centrum Edukacji i Kultury Muzułmańskiej Tatarów Polskich. Z miejscowością związana jest też Tatarska Jurta, prowadzona przez Dżannetę Bogdanowicz restauracja z agroturystyką. Jurta odbudowuje się po wielkim pożarze. Mi zdecydowanie Zajazd Na Końcu Świata przypadł bardziej do gustu.


    Tyle na temat Szlaku Tatarskiego, wracam na Green Velo. Zapraszam Was na pozostałe wpisy z wyprawy: Wstęp // Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski // Gródek, Kraina Otwartych Okiennic i Narew // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Green Velo – Białystok i Supraśl

    Naszą przygodę z Green Velo rozpoczęłyśmy w Białymstoku. Ilekroć słyszę tą nazwę w głowie odzywa mi się “a Białystok i tak wygra”. Kto jest na tyle wiekowy, żeby pamiętać pierwsze edycje polskiego You Can Dance, ten wie o co chodzi 🙂 Od lat, dzięki adwokaturze swoich młodych i zdolnych, miasto pracuje na opinię polskiej stolicy tańca, ale nie dlatego swoje pierwsze kroki skierowałyśmy w tą stronę. Główną przewagą, dla dwóch kobiet z rowerami i sakwami był fakt, że nie trzeba się było nigdzie przesiadać, żeby do niego dotrzeć. Białystok i Supraśl były dwoma pierwszymi miastami na naszej trasie po szlaku Green Velo.

    czytaj pierwszy wpis: Wstęp

    BIAŁYSTOK

    Białystok, miasto na Wysoczyźnie Białostockiej to doskonała baza wypadowa. Na północy i wschodzie od miasta znajdziecie Puszczę Knyszyńską, na zachód – Narwiański Park Narodowy. Takie położenie spowodowało włączenie miasta do międzynarodowego projektu Sieci Zdrowych Miast [?] realizowanego przez Światową Organizację Zdrowia. Miasto położone jest nad rzeką Białą i jej zawdzięcza swoją nazwę.

    Według legendy Białystok założył Giedymin – wielki książę litewski. Zabłądził on w puszczy, która znajdowała się na terenach, na których obecnie leży miasto i po nocy tam spędzonej obudził się w przepięknej dolinie potoku o krystalicznie czystej wodzie. Postanowił wybudować tam miasto. Pierwsza wzmianka o wsi Bielszczany Stok pochodzi z 1426 roku. W drugiej połowie wieku XVII w wianie Katarzyny Aleksandry, córki hetmana Czarnieckiego, Białystok wszedł w posiadanie Branickich, którym zawdzięcza swój rozwój. Lokacja miasta nastąpiła około 1665-1668 roku.

    Współczesny Białystok zawdzięcza swój wygląd pożarowi, który w 1753 strawił centrum miasta, co pozwoliło na nowo rozplanować układ ulic i zabudowy.

    Kolejny skok w rozwoju miasta nastąpił po powstaniu listopadowym, kiedy właściciele zakładów włókienniczych z Łodzi zaczęli przenosić swoje fabryki do miasta. Białystok stał się wtedy dużym ośrodkiem włókienniczym. Nazywany był w tym okresie podlaskim Manchesterem.

    W ostatnich latach Białystok pełni coraz ważniejszą rolę turystyczną – głównie dzięki swojemu położeniu i możliwości dojazdu koleją.

    Dworzec PKP, Białystok – początek podróży

    Na pierwszy ogień poszły zabytki sakralne Białegostoku, które w tym mieście są warte uwagi – zwłaszcza dla nieobytego jeszcze ze wschodem Polski oka. Cerkiew św. Ducha, monumentalny kościół św. Rocha, cerkiew Marii Magdaleny i cerkiew św. Mikołaja.

    Kościół p.w. św. Rocha i Chrystusa Króla to modernistyczny kościół z lat 1926-1947. Usytuowany na wzgórzu, śnieżnobiały, otoczony murem godnym zamku robi niesamowite wrażenie. Wybudowany został wg projektu Oskara Sosnowskiego na planie ośmioboku zbliżonego kształtem do gwiazdy. Wcześniej na wzgórzu znajdowała się kaplica św. Rocha zbudowana przez Jana Klemensa Branickiego w 1750 roku wraz z cmentarzem sprofanowanym przez Rosjan podczas powstania styczniowego.

    W pobliżu Opery i Filharmonii Podlaskiej, na wzgórzu znajduje się cerkiew św. Marii Magdaleny. Została ufundowana w 1758 przez Jana Klemensa Branickiego jako katolicka kaplica przydrożna położona, w tamtych czasach, poza obrębem miasta. Dziś, na skutek rozrostu Białegostoku, znalazła się w centrum miasta.

    Neoklasycystyczny sobór katedralny p.w. św. Mikołaja Cudotwórcy zbudowano w 1846 roku. Malowidła wzorowane na tych znajdujących się w soborze kijowskim powstały podczas drugiego remontu świątyni w 1910 roku. Autorem polichromii był Michał Awiłow.

    Świątynie Białegostoku doprowadziły nas do trójkątnego białostockiego rynku i naszego pierwszego podlaskiego obiadu.

    Północna pierzeja rynku – w tle zespół katedralny p.w. Wniebowzięcia NMP
    Ratusz, obecnie Muzeum Państwowe, powstał w latach 1745-1761. Został rozebrany w 1940 roku, a następnie zrekonstruowany w latach 1954-1958. Korpus budynku łączy się z czterema alkierzami. Nad całością wznosi się wieża zegarowa nakryta barokowym hełmem z latarnią i iglicą.
    Moja pierwsza w życiu babka ziemniaczana – i początek wielkiej do niej miłości – i pierwszy kwas chlebowy. Jak mogłam do tego czasu nie wiedzieć o ich istnieniu? I o tym, jak bardzo brakowało ich w moim życiu? 🙂

    Z rynku przejechałyśmy pod zespół katedralny p.w. Wniebowzięcia NMP. Pierwszą świątynią w tym miejscu jest późnorenesansowy kościół z lat 1617-1626. Ufundowany przez Wiesiołowskich, przebudowany przez Branickiego miał charakter obronny. To ta biała część na zdjęciu.

    Aby ominąć zakaz władz carskich zakazujących budowy nowych kościołów, do istniejącego budynku wykonano dobudówkę. Ta dobudówka to imponujący, zbudowany w latach 1900-1905 kościół katedralny.

    Ostatnim punktem w naszym planie był podlaski Wersal – imponujący pałac Branickich, który odzyskuje splendor i urodę po zniszczeniach i grabieżach wojen światowych.

    Pałac pochodzi z pierwsze połowy XVIII wieku. W skład zespołu wchodzi nie tylko budynek pałacu, ale również dwupoziomowy park z sadzawkami i rzeźbami, galerie, oficyny i pawilony. Główne wejście na teren pałacowy wiedzie przez bramę zwaną „Gryfem”. Z bramą znajduje się dziedziniec wstępny, na którym odbywały się ćwiczenia wojskowe. Dalej oddzielony ozdobnym murem dziedziniec honorowy, na którym toczyło się życie dworu. Obecny wygląd pałacu to efekt pracy wielu wspaniałych architektów.

    Budynek pałacu składa się z trójkondygnacyjnego korpusu głównego i dwóch skrzydeł. Bogato zdobiona fasada, arkady i ozdobny balkon, hełmy i attyki zasłużyły dla pałacu na miano polskiego Wersalu. We wnętrzach zachowało się jedynie wyposażenie pokoju chińskiego oraz kaplicy.

    SUPRAŚL

    Z Białegostoku udałyśmy się do Supraśla. Nie był to najprzyjemniejszy odcinek naszej trasy, a że był pierwszy – nastawił nas lekko pesymistycznie. Rozkopana droga, konieczność jazdy wśród samochodów na długich, ciasnych odcinkach ruchu wahadłowego – a wiadomo rower nie jedzie tak szybko jak auto. Z tego co mi się udało znaleźć w sieci obecnie ten odcinek jest już zrobiony. Zakończenie etapu w uroczym Supraślu trochę poprawiło nam humory, pomogła też kolejna porcja babki ziemniaczanej.

    Supraśl powstał około 1500 roku. Według legendy miejsce wybrała Boża Opatrzność, którą o przewodnictwo poprosili mnisi z Gródka puszczając z biegiem rzeki Supraśl drewniany krzyż z relikwiami. Miał się on zatrzymać w miejscu najbardziej odpowiednim na budowę klasztoru i padło na uroczysko Suchy Hrud. Przez wieki Supraśl był ośrodkiem religijnym, drukarskim, przemysłowym. Dziś, ze statusem uzdrowiska, skupia się na turystyce.

    Główną atrakcją i symbolem miasta jest klasztor prawosławny, którego zabudowania otaczają znajdującą się w centrum placu cerkiew. Z lotu ptaka zespół wygląda imponująco, ale i z ziemi jest co podziwiać.

    W mieście znajdują się dwa warte odwiedzenia muzea – Ikon, oraz Sztuki Drukarskiej i Papiernictwa. My niestety ich nie odwiedziłyśmy, ponieważ spędziłyśmy w Supraślu późny wieczór i noc, ale jeśli jeszcze kiedyś będę w okolicy, nie omieszkam nadrobić.

    Przemysłowy rozwój zawdzięcza Supraśl podatkowi nałożonemu przez władze carskie po upadku Powstania Listopadowego na towary z Królestwa Polskiego. Rody Zachertów i Buchholtzów postanowiły przenieść swoje biznesy poza granicę Królestwa i wybór padł na Supraśl. Wraz z fabrykami przenoszą się także pracownicy. Po nich do dziś w Supraślu pozostały zbudowane przez Zacherta domy, tzw. domy tkaczy stojące wzdłuż ulicy 3 Maja.

    Pamiątką po drugim rodzie jest znajdujący się w centrum miasteczka Pałac Buchholtzów. Jest to poniekąd pomnik miłości Adolfa Buchholtza Juniora do Adeli Marii, córki Karola Scheiblera, bogatego łódzkiego przemysłowca, który pilnował, żeby córka miała godne warunki po ślubie i wymagał ich zapewnienia od przyszłego zięcia.

    Obecnie w pałacu mieści się liceum plastyczne.

    Jednak to, co mnie urzekło najbardziej w Supraślu, to wieczór nad rzeką. Delikatna mgła, leniwy nurt, śpiew ptaków… Cudowne miejsce na odpoczynek i regenerację po ciężkim dniu.

    W Supraślu corocznie odbywają się Spotkania z Naturą i Sztuką Uroczysko. W ramach Spotkań z Naturą i Sztuką odbywają się: zajęcia warsztatowe, koncerty, wystawy, spektakle, spotkania autorskie, sesje przyrodnicze, rajdy i wycieczki przyrodniczo-turystyczne, spotkania z podróżnikami, pokazy filmów dokumentalnych i fabularnych, imprezy i festyny plenerowe, a wśród nich Festiwal Kuchni Regionalnych i Mistrzostwa Świata w Pieczeniu Babki i Kiszki Ziemniaczanej, a wszystko inspirowane przyrodą i kulturą pogranicza północno-wschodniej Polski. Jeżeli efekty pracy uczestników Mistrzostw są później przeznaczone do degustacji zdecydowanie warto uwzględnić Uroczysko w swoich rocznych planach.

    Z Supraśla skierowałyśmy się w stronę Sobótki – nasz pierwszy, z dwóch zaplanowanych, zjazd ze szlaku to Szlak Tatarski.


    Pozostałe artykuły z wyprawy szlakiem Green Velo: Wstęp // Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski // Gródek, Kraina Otwartych Okiennic i Narew // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Wschodni szlak rowerowy Green Velo

    Wschodni szlak rowerowy Green Velo… To był rok 2018 i do głowy wpadł mi szalony pomysł wybrania się w wakacje na szlak Green Velo. Miało być doskonale. Miałam wszystko zaplanować – kolejne odcinki, wszystko warte zobaczenia, noclegi. Treningi miały się zacząć od wczesnej wiosny, żeby formy starczyło. Ile z tego wyszło? Nie będę się wypowiadać, bo musiałabym użyć słów uznawanych za nieparlamentarne. Niemniej jednak, chociaż wiele mówiło, żeby wyjazd odłożyć w czasie, ruszyłyśmy w sierpniu w drogę. My, czyli ja i moja mama – adekwatnie ode mnie starsza, która zniosła ten wyjazd zdecydowanie lepiej niż ja.

    Początek naszego Green Velo
    Green Velo, dworzec w Białymstoku

    Powiecie – 2018 był dawno temu. Czasy pre-covid jawią się jako prehistoryczne. Czemu teraz dopiero piszę o tych wakacjach i o Green Velo? Cóż, miałam do szlaku [niesłusznie, bo powinnam mieć do siebie] pewien żal za to, jak wycieczka nam się skończyła, a raczej jak została przerwana, ponieważ nie ukończyliśmy zaplanowanej trasy. Od początku prawie dokuczały mi dłonie, co przerodziło się w poważny, do dziś nie rozwiązany problem, który zmusił mnie do narzucenia na rower pokrowca i zapomnienia o nim na kilka lat [dzisiaj już z pomocą fizjoterapii jestem w stanie robić krótkie trasy], a gdzieś za Puszczą Białowieską odmówiło mi współpracy kolano. I kolano to tylko moja wina – brak odpowiedniego treningu spowodował zaciągnięcie rzepki. Udało mi się co prawda znaleźć fizjoterapeutę, który poddał mnie torturom, zatape’ował i podpowiedział ćwiczenia, ale niestety nie pomogło. Zamiast w Chełmie skończyłyśmy w Terespolu. Teraz w końcu chcę Wam pokrótce przedstawić naszą trasę, ciekawe miejsca i moje wnioski dotyczące pierwszej i, mam nadzieję, nie jedynej w moim życiu wielodniowej wycieczki rowerowej.

    W tym poście znajdziecie garść informacji o Green Velo, informacje dotyczące spraw technicznych, wyposażenia. W kolejnych – opisy trasy i miejsc, które udało nam się odwiedzić, a powiem Wam, że wschód Polski urzekł nas obie jednako. Poza drogami, zachwyca tam wszystko.

    CZYM JEST WSCHODNI SZLAK ROWEROWY GREEN VELO?

    Wschodni szlak rowerowy Green Velo to ponad 2000 kilometrów tras rowerowych o różnym standardzie. Prowadzą przez pięć wschodnich województw Polski. Przebiega przez piękne i relatywnie mało znane większości rejony Polski. Krainy zróżnicowane kulturowo i ciekawe historycznie. Szlak jest dość dobrze oznakowany. Wybudowane zostały MORy – czyli miejsca obsługi rowerzystów, różniące się bardzo od siebie. Od miejsc z mapką i ławką, po MORy wyposażone w prysznice, czy miejsca na grilla. Nigdy nie wiadomo, na jaki trafimy następnym razem. Nie wiadomo też niestety, kiedy na MOR trafimy, chociaż strona szlaku podaje informację, że powinny się znajdować co maksymalnie 10 kilometrów.

    Green Velo MOR Werchlis
    MOR w miejscowości Werchliś, Green Velo

    Ułatwieniem dla turystów na szlaku jest niewątpliwie wyznaczenie tak zwanych MPRów, czyli miejsc przyjaznych rowerzystom. Są wśród nich serwisy i wypożyczalnie rowerowe, noclegi – które oznaczone są symbolami zgodnie z proponowanymi dla rowerzystów udogodnieniami [czy znajduje się na miejscu stojak, czy zamknięty garaż dla roweru, czy można rower naprawić lub wypożyczyć itp], czy atrakcje turystyczne. Wszystkie są zaznaczone w aplikacji Green Velo. Ich spis, z opisami, znajdziecie też na stronie szlaku.

    PRZEBIEG SZLAKU GREEN VELO

    Trasa szlaku Green Velo rozpoczyna się w województwie warmińsko-mazurskim, w Elblągu. W obrębie tego województwa znajduje się około 420 kilometrów szlaku. Następnie Green Velo prowadzi przez województwo podlaskie – ok. 592 kilometry, lubelskie – 351 kilometrów, podkarpackie – 428 kilometrów i świętokrzyskie – 190 kilometrów. 

    Z Elbląga szlak prowadzi na wschód. Przez Frombork, Lidzbark Warmiński, dociera do styku granic Polski, Litwy i Rosji, skąd rusza na południe. W Przemyślu szlak skręca na zachód, a następnie północ by przez Rzeszów, Tarnobrzeg i Kielce dotrzeć do Końskich – gdzie Green Velo ma swój koniec.

    NASZA WYCIECZKA WSCHODNIM SZLAKIEM ROWEROWYM GREEN VELO

    Nasze rowerowe wakacje na szlaku Green Velo miały zaczynać się w Białymstoku, a skończyć się w Lublinie. Ostatnim miejscem na szlaku miał być Chełm. Od niego miałyśmy odbić na Lublin, skąd można było się dość łatwo dostać na Śląsk. W planie miałyśmy dwie pętle dodatkowe – szlak tatarski oraz zobaczenie Krainy Otwartych Okiennic. Jak już wspomniałam planu nie udało nam się zrealizować. Chociaż planowałyśmy trasę pół roku, wzięłyśmy palnik – na wypadek gdyby nie było gdzie kupić herbaty, karimaty i śpiwory – gdyby nie było gdzie nocować, choć zabrałyśmy latarki, power banki, dwa zestawy dętek i innych arcyważnych rzeczy na każdą okoliczność, musiałyśmy się poddać. Nie było w sakwach zapasowej nogi.

    Siódmego dnia w moim kolanie zaczęły się dziać dziwne i niepokojące rzeczy. Wrażenie, jakby rzepka stukała o kość udową i dość spory ból, a w perspektywie zbliżenie się do wschodniej granicy i brak miast na szlaku skłoniły mnie do poszukania fizjoterapeuty. Jedyne miejsce, gdzie można było takowego znaleźć to były Siemiatycze. Pan fizjo ulitował się nade mną i przyjął mnie na CITO. Tyle bólu, ile on mi zadał, nie zadało mi kolano ani przed, ani po wizycie, ani nawet suma sumarum. Stwierdził, że trzeba dzień odpocząć. Dał ćwiczenia na poluzowanie rzepki – która podobno była zaciągnięta, przykleił rolkę taśmy i posłał mnie w świat z nadzieją, nie obietnicą, że może będzie dobrze. Nie było dobrze. Skończyłyśmy swoje wakacje przedwcześnie w Terespolu, czy raczej w Chotyłowie, bo z Terespola pociągiem wydostać się nie szło.

    Mimo wszystko udało nam się zobaczyć sporo pięknych miejsc. Oto przebieg naszej trasy:

    Białystok – Supraśl – Sokółka – Bohoniki – Wiechlesie – Talkowszczyzna – Krynki – Kruszyniany – Waliły – Gródek – Michałowo – Hieronimowo – Saki – Trześcianka – Puchły – Trześcianka – Narew – Eliaszuki – Siemianówka – Narewka – Janowo – Białowieża – Hajnówka – Istok – Dubicze Cerkiewne – Kleszczele – Dobrowoda – Czeremcha – Repczyce – Miedwieżyki – Rogacze – Milejczyce – Żerczyce – góra Grabarka – Siemiatycze – Mielnik – Zabuże – Gnojno – Stary Bubel – Janów Podlaski – Wierchliś – Zaczopki – Neple – Terespol

    CO ZABRAŁYŚMY ZE SOBĄ?

    Oba rowery miały po dwie duże sakwy oraz mniejsze torby na pierdoły. Mama miała plecak, który zapinała na bagażniku. Wszystko, co ze sobą zabrałyśmy spokojnie nam się zmieściło. Na różnych postojach mama zabierała plecak, ja małą sakwę montowaną na ramę, w których miałyśmy co cenniejsze rzeczy – telefony, aparat, dokumenty. Zostawianie całej reszty bez nadzoru, w tym zostawianie roweru, przyprawiało mnie o gęsią skórkę. Miałam co prawda dwa zapięcia, jedno którym mocowałam przednie koło do ramy i stojaka, drugi, którym mocowałam tylne koło do ramy i siodełka, ale nadal bałam się za każdym razem kiedy traciłam rower z oczu. Oczywiście nic się nie stało, nic nam nie zginęło i nikt nie próbował [wg naszej wiedzy] przy rowerach majstrować.

    Z ubrań zabrałam: kurtkę przeciwdeszczową, bluzę rozpinaną, koszulki x3, coś do spania, windstopper, skarpetki x3, bieliznę, czapkę z daszkiem, dwie pary spodenek, 2 pary getrów długich, dwie bluzy termiczne, sandały.

    Akcesoria rowerowe: rękawiczki, buty SPD, zapięcia, multitool rowerowy, licznik, oświetlenie, sakwy tylne, zestaw naprawczy do dętek plus łyżki do opon, zapasowa dętka, pompka, bidon.

    Kuchnia/apteczka: kosmetyki [mydło chlebowe, które robi za mydło i szampon, pasta i szczoteczka do zębów, szczotka, krem UV, zapasowe soczewki + płyn, chusteczki nawilżane], apteczka [bandaż, plastry, rutinoscorbin, maść przeciwzapalna, elektrolity, isotonic, magnez], ręcznik, okulary przeciwsłoneczne, herbata i kawa, cukier/sól/pieprz, termos i kubek termiczny, sztućce, nóż, posiłek liofilizowany [na wszelki wypadek], batony, garnuszek.

    Inne: zapałki, sznurek, trytytki, taśma izolacyjna, power bank, ładowarki [wiadomo], telefon, mapy [te które udało się zdobyć], aparat, palnik i butla gazowa mała, śpiwór, materac dmuchany, płachta przeciwdeszczowa.

    Czego zabrakło? Zdecydowanie smaru i tego urządzonka do smarowania łańcucha. Na piaszczystych drogach Podlasia łańcuch szybko wymiękł i trzeba było szukać pomocy. Pół trasy przeleciałam na oleju rzepakowym 🙂

    Płachta i palnik się nie przydały, ale podczas kolejnych wycieczek na pewno też je zabiorę, bo mogę nie mieć tyle szczęścia do pogody, co tym razem. Przydał się za to śpiwór i materac – podczas noclegu w szkole. Dętki były grzeczne więc nie trzeba było łatać na szczęście 🙂

    Power bank przydał się bardzo. Często musiałyśmy wspomagać się mapami google, telefon był też potrzebny do szukania noclegów, czy miejsca do zjedzenia obiadu, szukanie sieci też zżera baterie, więc już w połowie dnia telefon jechał na kablu.

    PODSUMOWANIE

    Suma sumarum udało nam się zrobić prawie 500 kilometrów. Może nie dużo, ale za to zwiedziłyśmy spory kawałek Polski i zobaczyłyśmy naprawdę dużo pięknych miejsc. Szczególne miejsce w naszych sercach zyskała podlaska przyroda.

    Tutaj mały postój – mama wpadła w łąkę zbierać zioła na herbatkę wieczorem.

    Noclegi udawało nam się załatwiać na bieżąco. Zazwyczaj w porze obiadowej wchodziłam w google i po określeniu mniej więcej ile jeszcze przejedziemy szukałam agroturystyk. Zazwyczaj znajdowałam nocleg w max trzy telefony. Nie zawsze się udało – raz nocowaliśmy w szkole. Cenowo wychodziło nie najgorzej, najdroższy nocleg kosztował nas koło 50złotych za osobę.

    W kość nam dały trochę podlaskie drogi, na których asfalt był rzadkim widokiem – nawet na drogach, które na mapach były zaznaczane jako asfaltowe.

    W drodze do Krainy Otwartych Okiennic

    Z nieznanych mi powodów piaskowe drogi często jeszcze były przeorane poprzecznymi bruzdami, które zamieniły tabletki Isostara w proszek. Wolałam nie zastanawiać się, co robią z moimi nerkami. Nawet miejscowi nie umieli mi wyjaśnić tej tajemnicy, zdradzali za to, że zawieszenia w samochodach wysiadają im na tym w kilka lat, więc auta stoją w garażach, a oni jeżdżą po okolicy rowerami. Polska B pełną gębą.

    Nic jednak – ani paskudne drogi, ani kontuzja, ani ból nie sprawiły, że żałowałam wyjazdu choćby przez minutę i mam twarde postanowienie zrobić resztę szlaku, jak będzie to możliwe.


    Kolejne wpisy: Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski – Sokółka, Bohoniki, Kruszyniany // Green Velo i Kraina Otwartych Okiennic // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Green Velo – Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin

  • Polska,  Swego nie znacie...,  Travel

    Swego nie znacie: Gliwice

    „Swego nie znacie…” to blogowy cykl o podróżach najmniejszych, po najbliższej okolicy Tychów, w których mieszkam, a których okolice zawsze traktowałam po macoszemu. O zwiedzaniu Katowic, które zawsze były tylko miejscem, w które się jechało na ciuchy, Bielska – które było jedynie bazą wypadową w góry i innych miejsc, które nie wydają się być ciekawe, a są. W dzisiejszym wpisie zapraszam na spacer po Gliwicach.

    Wstęp

    Gliwice. Ta nazwa nigdy nie wywoływała we mnie skojarzeń z miastem, które warto odwiedzić. Kojarzyły mi się raczej z obrazem miasta szarego, fabrycznego, nieciekawego. Trzeba było wypadu na Giełdę Minerałów i Biżuterii, żeby Gliwice mnie zaciekawiły, bowiem to, co widziałam z okna samochodu nie pokrywało się z moimi założeniami w najmniejszym stopniu. Dlatego też przy najbliższej okazji wybrałam się do Gliwic na jednodniową wycieczkę.

    Rynek w Gliwicach

    Miasto zostało założone w XIII wieku na prawie niemieckim. Z Niemcami zresztą wiąże się większość historii Gliwic i zwiedzając miasto, można to zauważyć. Budynek byłej Poczty Głównej, kamienice wzdłuż ulicy Zbawienia, kanał, odlewnia – wszystko to Gliwice zawdzięczają Niemcom. Nadanie Gliwicom praw miejskich w 1276 roku czyni je jednym z najstarszych miast na Śląsku.

    Budynek byłej Poczty Głównej

    Stare miasto i rynek

    Centralnym punktem Gliwic jest rynek starego miasta datowany jest na XIII wiek. Zachował on średniowieczny układ – prawie kwadratowy rynek z ulicami odchodzącymi od jego narożników. Kamienice usytuowane wokół rynku wyglądają na historyczne jednak w przeważającej części uległy one zniszczeniu podczas II Wojny Światowej. Swój wygląd zawdzięczają projektowi inżyniera Franciszka Maurera, według której wykonano powojenną odbudowę. Odnowę nawierzchni rynku , podczas której archeolodzy odkryli studnię, przeprowadzono w 2010 roku.

    Na środku rynku znajduje się ratusz. Pierwszy, drewniany, stanął w tym miejscu w XIII wieku. Obecny budynek zbudowany został w XV wieku i później był przebudowywany. W restauracji znajdującej się w podziemiach ratusza można podziwiać pozostałości po ratuszu z XIII wieku.

    Zaskakująca w mieście na Górnym Śląsku jest fontanna na rynku, która przedstawia Neptuna. Dziwi ona jednak tylko dopóki nie skojarzy się jej z faktem, że dzięki Kanałowi Kłodnickiemu miasto miało [i nadal ma] dostęp do morza. Wykonana z piaskowca przez Johannesa Nitsche w 1794 roku. Port Gliwice jest dziś najnowocześniejszym i najbardziej uniwersalnym portem śródlądowym w kraju. Znajduje się nad Kanałem Gliwickim i został wybudowany w trakcie budowy kanału. Pierwszy port w Gliwicach znajdował się nad Kanałem Kłodnickim.

    Jerzy z widłami – tak gliwiczanie pieszczotliwie nazywają Neptuna z fontanny na rynku.

    Nieopodal rynku znajduje się gotycki kościół pw. Wszystkich Świętych. Jego licząca 63 metry wieża, to punkt widokowy, na który można wejść od maja do września między 16:00 a 17:00 w niedzielę, lub w październiku i listopadzie o godzinie 19:30 w sobotę. Wstęp kosztuje 7 zł.

    Radiostacja Gliwice

    Leżąca na Szlaku Zabytków Techniki gliwicka radiostacja to zabytek unikatowy w skali świata – najwyższa drewniana budowla, ale również obiekt ciekawy historycznie. To tu, 31 sierpnia 1939 roku, odbyła się średnio udana tzw. Prowokacja Gliwicka.

    Na hasło: Babcia umarła, przekazane telefonicznie czekającej w hotelu Haus Oberslesien od dwóch tygodni grupie pod dowództwem Alfreda Naujocksa rozpoczęto akcję prowokacyjną mającą usprawiedliwić działania wojenne Hitlera przed Europą oraz przekonać wszystkich, że agresorem była strona polska. Grupa, przebrana za polskich partyzantów weszła do budynków radiostacji w celu nadania przygotowanego wcześniej oświadczenia. Szybko się okazało, że obiekt był jedynie stacją przekaźnikową, a aparatura i studio nagraniowe znajdowały się w innym obiekcie. Ostatecznie udało się znaleźć mikrofon do nadawania awaryjnego, ale treść odezwy nigdy nie poszła w eter. W skutek błędnego podpięcia aparatury bądź celowego sabotażu pracowników nadano jednie fragment: „Uwaga, tu Gliwice! Radiostacja znajduje się w rękach polskich…”. Nieświadomi niepowodzenia napastnicy kontynuowali wykonanie planu. Dla uwiarygodnienia historii o polskim ataku przyprowadzono i zabito Franza Honioka, Ślązaka, którego aresztowano kilka dni wcześniej. O fiasku – częściowym – akcji grupa Naujocksa dowiedziała się dopiero po powrocie do hotelu, jednak pomimo problemów zdołano użyć propagandową wartość wydarzenia. Jeszcze tego samego dnia z Berlina nadano wiadomość o polskim ataku na stację, a dnia następnego informacja znalazła się w gazetach.

    Szczegóły wydarzeń tamtej nocy poznano podczas procesu norymberskiego w 1946 roku gdy przesłuchiwano Alfreda Naujocksa.

    Zabudowania Radiostacji Gliwickiej

    Wieża radiostacji ma 110,7 metra wysokości. Drewniana konstrukcja połączona jest 16 tysiącami mosiężnych śrub. Zastosowanie jako budulca drewna i mosiądzu podyktowane było pozycją anteny – zamiast zwyczajowego rozwieszenia kabla pomiędzy dwoma wieżami, w Gliwicach zastosowano pionowe ułożenie kabla, stąd konieczność użycia materiałów, które nie będą wywoływać zakłóceń sygnału. Audycje nadawane w Gliwicach słyszalne były w Europie, a w nocy, przy sprzyjających warunkach nawet w USA czy Nowej Zelandii. Na terenie ówczesnych Niemiec powstało kilka podobnych konstrukcji – gliwicka jest jedyną zachowaną.

    Nadajnik w Radiostacji Gliwice. Po zakończeniu wojny z radiostacji nadawano program Polskiego Radia Katowice, w latach 1950-1956 nadajnik wykorzystywany był jako „zagłuszarka” sygnału programów zza żelaznej kurtyny. W zabudowaniach mieściła się jednostka produkująca nadajniki średniofalowe, urządzenia dla telewizji. Muzeum w Gliwicach otrzymało obiekt od miasta w 2005 roku.

    Aktualne informacje dotyczące godzin otwarcia, cen biletów i kontaktu na stronie Muzeum w Gliwicach.

    Willa Caro

    Willa Caro zbudowana w latach 1882-1885 należy do wąskiego grona miejskich rezydencji Górnego Śląska, których wystrój zachował się w niemal niezmienionym stanie. Powstała na zamówienie śląskiego przemysłowca Oscara Caro, ale jej projektant pozostaje nieznany. Pierwotnie budynek był jednopiętrowy, a dodatkowe piętro dobudowano w 1924 roku, po przejęciu domu przez spółkę przemysłowo-budowlaną. Na własność Muzeum w Gliwicach [wtedy Muzeum Górnośląskiego w Gliwicach] willa przeszła w roku 1934.

    Dla zwiedzających udostępniony jest parter willi z pomieszczeniami mieszkalnymi oraz piętro, na którym mieszczą się wystawy czasowe. Podczas mojej wizyty były to zbroje samurajów oraz naczynia fabryki Rosenthal.

    Zwiedzanie zaczynamy od jadalni utrzymanej w stylach neobarokowym i neorenesansowym. Obecnie odbywają się tu koncerty i konferencje, więc jej wyposażenie stanowią krzesła, jednak bogate zdobienia sufitu i tak kradną uwagę. Kolejne pomieszczenia to salony – duży i mały, pokój oraz muzeum pana domu.

    Adres: Dolnych Wałów 8a

    Aktualne godziny otwarcia i ceny biletów znajdziecie na stronie obiektu. W poniedziałki willa jest niedostępna dla zwiedzających.

    Podsumowanie

    Gliwice zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie, a jeszcze nie zobaczyłam wszystkiego, co mają do zaoferowania. Wśród tych, które pominęłam z braku czasu znajdują się między innymi:

    • Palmiarnia [przed wejściem stała zdecydowanie zbyt długa kolejka]
    • Katedra Świętych Apostołów Piotra i Pawła
    • drewniany kościół pw. WNMP
    • zamek piastowski
    • drewniany kościół św. Jerzego
    • stary kościół pw. św. Bartłomieja
    • Centrum Edukacji i Biznesu Nowe Gliwice z Muzeum Odlewnictwa

    Wydaje się, że to dość, żeby zaplanować kolejną wizytę w mieście, które wydawało mi się, nie ma niczego do zaoferowania turyście.


    W cyklu „Swego nie znacie” powstały już wpisy o Parku Gródek i GEOsferze w Jaworznie, Bielsku Białej, Pałacu Pławniowice, Ogrodach Kapias w Goczałkowicach i skansenie w Chorzowie.

  • Swego nie znacie...,  Travel

    Jaworzno – Park Gródek i GEOsfera

    „Swego nie znacie…” to blogowy cykl o podróżach najmniejszych, po najbliższej okolicy Tychów, w których mieszkam, a których okolice zawsze traktowałam po macoszemu. O zwiedzaniu Katowic, które zawsze były tylko miejscem, w które się jechało na ciuchy, Bielska – które było jedynie bazą wypadową w góry i innych miejsc, które nie wydają się być ciekawe, a są. W dzisiejszym wpisie zapraszam do Jaworzna – Park Gródek i GEOsfera polecają się na weekend.

    Park Gródek, Jaworzno

    Park Gródek, Jaworzno
    Klif, Park Gródek

    Park Gródek w Jaworznie to arboretum, ogród botaniczny, klify i dwa zbiorniki wodne. Pierwszy z nich, Koparki, to zalany kamieniołom Gródek, który służy nurkom. Na jego dnie znajdują się zalane koparki – stąd nazwa. Drugi zbiornik, Wydry, zapracował dla parku na miano polskich Malediwów. Turkusowa woda wśród klifów, zieleń i urocza ścieżka na wodzie – czego chcieć więcej. To miejsce przyciąga wielu turystów, więc jeśli macie ochotę je zobaczyć proponuję teraz, kiedy jeszcze część ludzi boi się podróżować.

    Park Gródek Jaworzno
    Polskie Malediwy niestety ucierpiały trochę na suszy, ścieżka i altanki powinny być na wodzie

    Do zbiornika Wydra prowadzą dwie drogi. Dolną idziemy pomiędzy klifami i nad brzegiem zbiornika Koparki. Z drugiej, prowadzącej klifem, możemy podziwiać widok na oba zbiorniki z góry. Przechodzimy też koło dawnej bacówki. Jeszcze w zeszłym roku można tam było spotkać owce i inne zwierzęta, które były niewątpliwą atrakcją dla najmłodszych. Od 2020 zagrody stoją puste.

    Baza nurkowa i zbiornik Koparki

    TIP: na fan page’u parku znajdziecie informacje, gdzie zaparkować

    GEOsfera, Jaworzno

    GEOsfera, a dokładniej Ośrodek Edukacji Ekologiczno-Geologicznej GEOsfera powstał w 2014 roku. Dawniej na tym terenie wydobywano wapienie i dolomity na potrzeby przemysłu cementowego. Złoże Sadowa Góra eksploatowane było do roku 1980. Wyrobiska porastając powoli macierzanką, rozchodnikiem i trawami stało się domem dla wielu gatunków roślin i zwierząt.

    Na terenie parku znajduje się parę miejsc rozrywki dla dzieci, oraz relaksu dla dorosłych. Można sobie na przykład pooddychać głęboko przy tężni lub poleżeć na leżaku przy stawie.

    GEOsfera Jaworzno
    Tężnia solankowa – kropki na zdjęciu to sól – nie zbliżajcie się przesadnie do tężni 🙂
    GEOsfera Jaworzno
    Leżaki nad stawem, GEOsfera

    W wyznaczonych miejscach na terenie parku można urządzić sobie grilla lub ognisko. Pamiętajcie jednak o wzięciu koszyka piknikowego, bo na terenie nie ma punktów gastronomicznych.

    JEŚLI MACIE OCHOTĘ PRZESKOCZYĆ DO INNEGO ARTYKUŁU Z CYKLU „SWEGO NIE ZNACIE” KLIKNIJCIE W ZDJĘCIE:

  • Tychy od A do Z osiedle A
    Travel,  Tychy

    Tyski alfabet. Nowe Tychy od A do Z – osiedle A

    Często bywa tak, że mieszkając w jakimś mieście nie zauważamy jego urody, nie widzimy jak jest niezwykłe. Seria “Tyski alfabet. Tychy od A do Z” jest dla mnie szansą dojrzenia nie zauważanych na co dzień szczegółów miasta, w którym mieszkam. Jest też możliwością przedstawienia Tychów innym, zainteresowania ludzi tym miastem. Dzisiaj Tychy nie jawią się podróżnikom, jako warte odwiedzenia, a myślę, że są. Za projekty budynków i osiedli w Tychach odpowiadali doskonali architekci, którzy zdobywali i wciąż zdobywają nagrody za pracę w naszym mieście.

    Zapraszam Was na wycieczkę po tyskich osiedlach, które nazwane są literami alfabetu od A do Z. System ten miał swój początek na deskach architektów, którzy literami oznaczali projekty poszczególnych zespołów osiedlowych. Jak to bywa – najtrwalsze są prowizorki, więc ta tymczasowa nomenklatura przeszła do języka tyszan i została w końcu prawnie usankcjonowana. Teoretycznie do każdej z tych liter przypisane jest imię żeńskie – A, to Anna, B – Barbara, C – Celina, ale to rozbudowane nazewnictwo nie jest szczególnie popularne i spora część tyszan nie wie, jakie imię patronuje któremu osiedlu.

    Mapa osiedli Tychy
    Mapa tyskich osiedli
    Źródło: www.abc.tychy.pl

    Zapraszam Was dzisiaj na…

    Osiedle A, jak Anna

    Tychy od A do Z - osiedle A
    Sgraffito witające przybywających do Tychów od strony dworca PKP i autobusowego
    Zygmunt Acedański, 1955r.

    Osiedle A, jak jego nazwa sugeruje, powstało jako pierwsze z osiedli. Zaprojektowane zostało przez Tadeusza Teodorowicza-Teodorowskiego. Pierwsze mieszkania na osiedlu oddano do użytku w 1952 roku. Osiedle zbudowane zostało z cegły, na planie osiowym, z placem i okazałym budynkiem domu kultury w centralnym punkcie. Na terenie osiedla znajdowały się placówki edukacyjne [szkoły, przedszkola, żłobek], wspomniany dom kultury, przychodnia i sklepy w parterach budynków. Osiedle miało stanowić wierne odzwierciedlenie doktryny socjalistycznej, być „socjalistyczne w treści i narodowe w formie”. Ideolodzy kierunku wskazywali do naśladowania renesans, klasycyzm, neoklasycyzm. Ład i harmonia były wysoko cenione, dlatego główne cechy osiedla to uporządkowanie, jasność, symetria i czytelność kompozycji. Widać to na poniższym planie.

    Tychy osiedle A
    Plan osiedla A. Źródło: Nowe Tychy. Tychy 1960

    Osiedle A wybudowano jako miejsce zamieszkania dla 6100 osób. To jedyne tyskie osiedle w którego projekcie zrealizowano programowe założenia sztuki socrealizmu. Jego centralny plac, z domem kultury, wzorowano na Piazza del Campidoglio w Rzymie projektu Michała Anioła. Rzymskie pochodzenie mają również tabliczki z wizerunkami zwierząt nad wejściami do klatek. W architekturze zauważyć można liczne detale i dekoracje. Mamy tu gzymsy, lizeny, rozety, boniowanie, attyki, kolumny, podcienia, są płaskorzeźby, plakiety zoomorficzne, rzeźby, sgraffita. Nie znacie przynajmniej połowy tych słów? Nie martwcie się, nie jesteście sami. Wyliczyłam je, żeby dać Wam wyobrażenie jak ciekawe i różnorodne jest to osiedle.

    Tychy od A do Z osiedle A
    Ceramiczna płaskorzeźba nad wejściem do dawnego zachodniego przedszkola, Tadeusz Głód, 1955, ceramika glazurowana na zielono

    Plac świętej Anny

    Osie północ – południe, na których, w myśl socjalistycznych wytycznych opierał się plan osiedla, przecinają się na placu świętej Anny, pierwotnie – Stalina, szybko zmienionego na Pstrowskiego. U wjazdu na plac od strony ulicy Andersa [dawniej Lenina] znajduje się rzeźba przodowniczki pracy – murarki z kielnią w jednej, a modelem budynku w drugiej ręce. Sztuka w przestrzeni osiedla miała wpisywać się w konwencję realizmu socjalistycznego – gloryfikować pracę, wartości rodzinne i zdrowy tryb życia wypełnionego sportem.

    Tychy od A do Z - osiedle A
    Rzeźba murarki została odsłonięta w 1955 roku, wykonanie – Stanisław Marcinów
    Rzeźby powstawały najpierw jako gipsowe modele w pracowniach, następnie na wolnym powietrzu, już na terenie osiedla były odlewane ze sztucznego kamienia. Następnie za pomocą pistoletu natryskowego powlekane warstwą aluminium i specjalnej farby brązującej – co miało imitować fakt, że odlane zostały z brązu. Farby szybko zaczęły się łuszczyć, a posągi retuszowano w sposób amatorski używając nieodpowiednich do tego celu farb. Obecnie są bez jakichkolwiek powłok.

    Nad placem świętej Anny góruje monumentalny budynek byłego domu kultury. Mieściło się w nim między innymi kino Górnik – dzisiaj szkoła tańca Tito Dance. Od frontu, po lewej i prawej stronie umieszczono płaskorzeźby, z tyłu budynku stoją rzeźby górnika i hutnika.

    Plac świętej Anny został w ostatnich latach odnowiony. Przed dawnym domem kultury powstał skwer z fontanną.

    Tychy od A do Z - osiedle A
    Widok na plac św. Anny od strony wlotu z ulicy Andersa
    Monumentalizująca w wyrazie architektura, ciągi kolumn i filarów, niektóre zwieńczone arkadami, boniowanie w dolnych partiach elewacji, bogato zdobione gzymsy i balustrady, fasady budynków zwieńczone poprzedzonymi szerokim gzymsem attykami.

    Za budynkiem domu kultury znajdują się budynki dwóch szkół. Zbudowane jako swoje lustrzane oblicza tworzą niejako dwa symetryczne skrzydła dla domu kultury. Do lewej – chodziły dzieci mieszkające na wschód od linii północ – południe. Do prawej te, mieszkające na zachód od osi. Nad wejściem do szkoły wschodniej zachowała się oryginalna płaskorzeźba.

    Lampa górnicza

    Wśród pierwszych mieszkańców osiedla były rodziny górników kopalni Ziemowit, dlatego górnik jest nieoficjalnym patronem osiedla. Początkowo osiedle nazywano Górniczym. Przy domu kultury znajdziemy rzeźbę górnika, kino na osiedlu nosiło nazwę Górnik, a wschodni kraniec osi osiedla zamyka lampa górnicza. Oryginalna z powodu zniszczenia została rozebrana w 2009 roku, obecna – odtworzona w skali 10:1 różni się trochę od pierwowzoru. Ma 4,8 metra wysokości i waży 720 kilogramów.

    Tychy od A do Z - osiedle A
    Tychy, osiedle A, lampa górnicza
    Tychy od A do Z - osiedle A
    Tychy, osiedle A, lampa górnicza

    Sgraffita, nie ujęte w artykule rzeźby, budynki mieszkalne osiedla A na stories na koncie instagramowym ByAgaBlog.

  • ratusz bielsko rynek
    Swego nie znacie...,  Travel

    Bielsko-Biała – po drugiej stronie Partyzantów

    „Swego nie znacie…” to blogowy cykl o podróżach najmniejszych, po najbliższej okolicy Tychów, w których mieszkam, a których okolice zawsze traktowałam po macoszemu. O zwiedzaniu Katowic, które zawsze były tylko miejscem, w które się jechało na ciuchy, Bielska – które było jedynie bazą wypadową w góry i innych miejsc, które nie wydają się być ciekawe, a są. Dzisiaj właśnie Bielsko-Biała

    BIELSKO-BIAŁA JAKIEJ NIE ZNAŁAM

    Bielsko-Biała – baza przesiadkowa w góry, galerie handlowe, sklepy tekstylne, które w innych rejonach śląska wyginęły, dużo samochodów, mało zieleni… Takie miałam zawsze skojarzenia z Bielskiem. Nie widziałam w nim nic ładnego, ale kolejne osoby wmawiały mi, że nie wiem o czym mówię, więc po krótkiej naradzie z wujkiem Google wyruszyłam znaleźć coś ładnego w Bielsku. Jakie było moje zdziwienie, kiedy faktycznie znalazłam wiele takich miejsc. Wystarczyło przejść na drugą stronę ulicy Partyzantów – na którą nigdy nie przechodziłam.

    Pierwszym punktem na trasie był zamek książąt Sułkowskich, którego bryłę znałam, jako że jest on tuż przy głównej arterii. Zaskoczył mnie natomiast wewnętrzny zadaszony dziedziniec, którego się nie spodziewałam i który robił spore wrażenie.

    Zamek wybudował w XV wieku książę cieszyński Wacław I. Ostatnimi właścicielami byli książęta Sułkowscy, którym zawdzięcza ostateczny wygląd. Obecnie jest to siedziba Muzeum w Bielsku-Białej.

    Zdziwieniem dla mnie było też, że w Bielsku jest nieznany mi rynek, ponieważ zawsze sądziłam, że centrum miasta jest gdzieś w okolicy centrów handlowych. Rynek zachował pochyłość, na której został wytyczony w czasie lokalizacji.  Znajdująca się wokół niego najstarsza część miasta zachowała owalny kształt średniowiecznej osady targowej. Rynek otacza głównie zabudowa pochodząca z XVII-XX wieku. Płyta rynku, wyremontowana, została pokryta nową kostką. Jest tu fontanna Neptuna ze sztucznym kanałem oraz kopia figury św. Jana Nepomucena. Na rynku wyeksponowane są mury fundamentów dawnej wagi miejskiej i studni odkryte podczas wykopalisk.

    ULICE PODCIENIE I SCHODOWA

    Często w wyszukiwaniach, jako warte obejrzenia, pojawiały się ulice Podcienie i Schodowa. Obie totalnie zaniedbane i wymagające remontu, ale mimo tego posiadające swój czar.

    Ulica Schodowa, jest ulicą graniczną Starego Miasta od strony południowej – jest częścią niezmiennego, średniowiecznego układu miasta.

    Ulica Podcienie – wszystkie kamienice wybudowane na początku XIX wieku miały podcienia, obecnie w części zamurowane; zachowały się podcienia w zachodniej pierzei rynku i ul. Podcienie
    Kamienica, u. Podcienie
    ul. Schodowa

    BIELSKI SYJON

    Bielski Syjon to ewangelicka dzielnica Bielska Białej. Jej centralną część stanowi plac Marcina Lutra, przy którym znajdziemy między innymi kościół p.w. Zbawiciela z końca XVIII wieku.

    Kościół ewangelicki p.w. Zbawiciela, przy którym znajduje się pomnik Marcina Lutra

    Nazwa Bielski Syjon nawiązuje do Syjonu w Jerozolimie, prawzoru świętego miejsca i społeczności skupionych wokół niego wiernych.

    Brama cmentarza ewangelickiego założonego w 1833 roku.

    W dzielnicy znajdują się następujące zabytki:

    • kościół p.w. Zbawiciela i znajdujący się przy nim – jedyny w Polsce – pomnik Marcina Lutra, oraz plebania kościoła
    • budynek Wyższej Szkoły Administracyjnej, dawniej szkoła męska i seminarium nauczycielskie,
    • budynek szkoły podstawowej nr 2 – dawniej szkoła żeńska,
    • stary cmentarz ewangelicki
    • Gimnazjum i Liceum Towarzystwa Szkolnego im. M. Reja,
    • Budynek Ośrodka Wydawniczego Augustana
    • studnia pastorów
    • Pomnik Wdzięczności i Miłości
    • Dom Opieki SOAR – zbudowany w latach 1906–1907 jako sierociniec ewangelicki
    • Prokuratura Okręgowa – gmach zbudowany w 1905 jako Śląski Ewangelicki Dom Diakonis (sióstr zakonnych
     
    Budynek Wyższej Szkoły Administracji 1863-65

    RATUSZ I OKOLICE

    Neorenesansowy ratusz Bielska położony jest – o dziwo 😛 – przy placu Ratuszowym. Powstał pod koniec XIX wieku. Na przeciwko ratusza znajduje się biuro informacji turystycznej.

    ratusz bielsko rynek
    Ratusz
    ratusz wieża bielsko
    Wieża z zegarem, jako wyraz dobrobytu, była jednym z wymagań dla architektów stających do konkursu na projekt ratusza.

    JEŚLI MACIE OCHOTĘ PRZESKOCZYĆ DO INNEGO ARTYKUŁU Z CYKLU „SWEGO NIE ZNACIE” KLIKNIJCIE W ZDJĘCIE

     

     

     

     


    WSZYSTKIE WPISY Z CYKLU ZNAJDZIECIE >>TUTAJ<<

  • Swego nie znacie...,  Travel

    Pałac Pławniowice

    „Swego nie znacie…” to blogowy cykl o podróżach najmniejszych, po najbliższej okolicy Tychów, w których mieszkam, a których okolice zawsze traktowałam po macoszemu. O zwiedzaniu Katowic, które zawsze były tylko miejscem, w które się jechało na ciuchy, Bielska – które było jedynie bazą wypadową w góry i innych miejsc, które nie wydają się być ciekawe, a są. W dzisiejszym wpisie Waszej uwadze poleca się Pałac Pławniowice.

    PAŁAC PŁAWNIOWICE – GDZIE GO ZNALEŹĆ?

    Pałac Pławniowice znajduje się nad Kanałem Gliwickim, nad którym do miejscowości dostajemy się cudownie różowym mostem po tym, jak zjedziemy z A4 zjazdem 287, zapłacimy haracz autostradowy w wysokości 2,8 w SPO Łany i przetrwamy wysoce niekomfortową, choć krótką jazdę brzegiem Jeziora Pławniowice. Szczęśliwie zjazd na pałac jest oznaczony na A4, bo w innym wypadku prawdopodobieństwo trafienia do niewielkich Pławniowic byłoby bliskie zero. Jednak kiedy zobaczy się jedną tablicę informacyjną wystarczającą ilość razy zawsze w końcu się człowiek zainteresuje dokąd ona prowadzi.

    Same Pławniowice są niewielką wioską, o której nawet wikipedia niewiele ma do powiedzenia, ale mogą się pochwalić takim oto pięknym domem pomocy społecznej:

    pławniowice pomoc społeczna

    pławniowice spichlerz dworski
    Spichlerz dworski znajdujący się na przeciwko pałacu

    HISTORIA PAŁACU W PŁAWNIOWICACH

    Historia pałacu w Pławniowicach zaczyna się w roku 1798 kiedy to dobra pławniowickie przejmuje hrabia Karol Franciszek von Ballestrem, pochodzący z Włoch oficer pruski, protoplasta śląskiej linii Ballestremów, w rękach których Pławniowice pozostają do 1945 roku. Zaprojektowanie i budowę pałacu, siedziby rodowej  zlecono w 1737 roku. Budowa zakończona została w 1885 roku. Pałac zbudowany jest w stylu neomanieryzmu niderlandzkiego i jak podają na stronie „cechuje go specyficzne zróżnicowanie kolorystyczne i fakturowe murów szczególnie kamiennych detali i czerwonych ceglanych płaszczyzn ścian”, co przekłada się na: nie da się temu zrobić żadnego symetrycznego zdjęcia. Jest on za to bardzo ciekawy i malowniczy.

    pałac pławniowice front

    Po wojnie pałac przekazano kościołowi. W Pławniowicach powstała parafia. Kaplica oraz zachodnie skrzydło zostało przeznaczone na plebanię, pozostałe pomieszczenia przeznaczono na klasztor, dla przesiedlonych ze Lwowa, Sióstr Benedyktynek od Nieustającej Adoracji Najświętszego Sakramentu, które przebywały tu do 1976 r. Z opowieści przewodnika dowiadujemy się między innymi o tym, jak pomieszczenia pałacowe służyły za magazyny zboża, sala jadalna, za suszarnię prania ze sznurami zawieszonymi na gwoździach wbitych w zabytkową boazerię.

    pałac pławniowice

    Ponownie dobrze zaczęło się dziać w pałacu po jego przejęciu przez Diecezję Gliwicką. Na stronie przeczytacie, że wymieniono dachy, wykonano generalny remont, „odnowiono stolarkę okienną i drzwiową”… Od przewodnika natomiast usłyszycie mniej obojętny opis tego, jak na ratowanie pałacu od zawalenia trzeba było szukać pieniędzy za granicą, mimo iż jest to polski zabytek, jak na każdą zleconą naprawę trzeba było zbierać z opłat za zwiedzanie itp., jak trzy osoby zamieszkujące plebanię własnymi rękoma przeprowadzały prace remontowe i rekonstrukcyjne. Niekiedy, dzięki wkładowi okolicznych wielbicieli historii prace trzeba było wykonywać ponownie – między innymi założyć nowe, plastikowe rynny po tym, jak bardziej akuratne metalowe zostały skradzione.

    pałac pławniowice dziedziniec wewnętrzny
    Dziedziniec wewnętrzny

    pałac pławniowice dziedziniec wewnętrzny

    Obecnie Pałac Pławniowice pełni funkcję Ośrodka Edukacyjno-Formacyjnego Diecezji Gliwickiej. Znajdują się w nim pokoje noclegowe, kaplica, w której odbywają się nabożeństwa, sala konferencyjna i zaplecze gastronomiczne. Na dziedzińcu odbywają się koncerty plenerowe, a w parku sesje fotograficzne, o których też usłyszymy od przewodnika parę słów [np. historia o magnolii, która zamiast cieszyć oko kwiatami zostaje z nich ogołocona, żeby można było nakręcić parę młodą w deszczu kwiatów].

    PARK

    Historia parku, który mieści się na powierzchni 3,5ha zaczyna się w 1881 roku, kiedy hrabia Ballestrem wykupił ziemię pod park. Na terenie parku posadzono kilkaset gatunków drzew i krzewów. W okresie powojennym park ulegał stopniowej dewastacji. Prace konserwatorskie, podobnie jak w przypadku pałacu, rozpoczęły się wraz z przejęciem pałacu przez Diecezję Gliwicką. Dziś jest on bardzo przyjemnym miejscem na spacer, czy posiedzenie na ławeczce.

    ZWIEDZANIE PAŁACU

    Wnętrza pałacowe można zwiedzać w czwartki i w niedziele. Niestety zdjęcia w nich robione są tylko na użytek własny, nie do publikacji. Pozwolenie na robienie zdjęć kosztuje 15 złotych. Jeśli jednak ciekawi jesteście wnętrz ,możecie na nie spojrzeć na stronie pałacu – wirtualny spacer.

    pałac pławniowice kaplica
    Sufit przypałacowej kaplicy

    Zwiedzanie pałacu zaczyna się w kaplicy przypałacowej, w której od przewodnika, stacjonującego na miejscu księdza dowiadujemy się trochę na temat historii pałacu, jego renowacji i tego, co czeka dalej. Bilety na zwiedzanie kosztują 8 zł i płaci się za nie przed zwiedzaniem u przewodnika.

    INFO

    zwiedzanie pałacu: czwartek 11:00 / 13:00 [od kwietnia do września], niedziela – od kwietnia do czerwca i wrzesień – 16, lipiec i sierpień – 14:00/ 15:00/ 16:00/ 17:00

    Bilet na zwiedzanie pałacu – 8,00 normalny / 5,00 ulgowy

    Bilet wstępu do parku – 3,00 normalny / 1,50 ulgowy

    Park otwarty w okresie wiosenno-letnim 8:00-20:00, w okresie jesienno-zimowym 8:00-16:00

    Możliwe jest odpłatne zorganizowanie sesji zdjęciowej w parku

    SWEGO NIE ZNACIE…

    W cyklu pojawiły się również: Ogrody Kapias w Goczałkowicach, Skansen w Chorzowie.