• Rowerem,  Travel

    Green Velo – Grabarka, Janów Podlaski, Pratulin

    Po wizycie u fizjoterapeuty w Siemiatyczach, po drodze do których odwiedziłyśmy Górę Grabarkę [gdzie łyknęłam sobie na wszelki wypadek z cudownego źródełka, które niestety nie pomogło], miałam nadzieję, że uda mi się kontynuować naszą wycieczkę. Niestety kolano nie dało za wygraną i ledwo udało nam się dojechać do Terespola. W tym wpisie znajdziecie ostatni etap naszej podróży szlakiem Green Velo.

    ŚWIĘTA GÓRA GRABARKA

    Grabarka, zwana sercem polskiego prawosławia, znajduje się w Podlasiu. Święta góra prawosławnych jest znana wielu osobom z powodu swojego wyjątkowego wyglądu. W lesie otaczającym stojącą na wzgórzu cerkiew rośnie drugi las – las krzyży. Małych i dużych, głównie drewnianych, starych i nowych, obwieszonych różańcami. Robi to niesamowite wrażenie. Znalazłam informację, że na górze znajdować się może nawet 12000 krzyży i jestem w to w stanie uwierzyć.

    Grabarka Święta Góra

    Na górze krzyży panuje podniosła atmosfera świętego miejsca. Ludzie mówią cicho, spokojnie. Nikt nie krzyczy, nie śmieje się, ale jednocześnie jest pogodnie.

    Na Grabarkę co roku pielgrzymuje  Jest to najważniejsze sanktuarium prawosławne w Polsce. Historia sanktuarium rozpoczęła się podczas epidemii cholery w 1710 roku. Według legendy jeden z okolicznych mieszkańców we śnie zobaczył ratunek przez szalejącą zarazą – źródło bijące na wzgórzu w uroczysku Sumieńszczyzna. We śnie picie wody ze źródełka ratowało przed cholerą. Do źródła udała się duża grupa wiernych z krzyżami prowadzonych przez lokalnego proboszcza. Byli to jedyni w okolicy ludzie, którzy przetrwali epidemię. Z wdzięczności wznieśli niewielką kapliczkę, a z czasem cerkiew [1789r.], a woda ze źródła zaczęła przyciągać pielgrzymów z całej Polski i Europy.

    Najwięcej pielgrzymów podróżuje na Górę Krzyży w święto Przemienienia Pańskiego (18/19 sierpnia). Na oficjalnej stronie znajdziecie między innymi rozpiskę nabożeństw, wirtualną wycieczkę i garść informacji.

    Jeżeli Grabarka Was zainteresowała, polecam Wam wpis na blogu Białystok subiektywnie – GÓRA GRABARKA. SERCE I SIŁA PRAWOSŁAWIA W POLSCE

    MIELNIK – PRZEKRACZAMY BUG

    Przez Bug mogłyśmy przeprawić się albo w Mielniku, albo Gnojnie. Promem. Ta pierwsza opcja – z opinii i przeczytanych artykułów – wyszła na bezpieczniejszą, więc z niej skorzystałyśmy. Z jakiegoś powodu bardzo czekałam na moment, w którym dojedziemy nad Bug. Miałam w głowie romantyczną wizję Bugu – rzeki dzikiej, naturalnej, niezagospodarowanej. I się nie zawiodłam. Bug, to jedna z ostatnich dzikich rzek Europy.

    Bug Mielnik
    Pierwsze spojrzenie na Bug… Widok z góry zamkowej w Mielniku

    Miasteczko Mielnik, w którym przeprawialiśmy się przez Bug, słynie głównie z kopalnictwa i przetwórstwa kredy. Do dziś działa w nim czynna kopalnia, której my nie oglądałyśmy. Wśród atrakcji wymienia się górę zamkową [ jedna z pierwszych wzmianek o zamku mielnickim pochodzi z 1379 roku], ruiny kościoła, czy rezerwat Uszeście. Nazwa Mielnik, może kojarzyć się tym, którzy uważali na historii, z unii mielnickiej.

    GNOJNO

    Z Mielnika w województwie podlaskim, przeprawiłyśmy się do Zabuża, w województwie mazowieckim, po to, żeby chwilę później wylądować w Gnojnie, w województwie świętokrzyskim 🙂 Ale zanim do Gnojna wjechałyśmy odbiłyśmy od drogi w stronę punktu widokowego – oznaczonego na mapach Google [jako Widok na zakole Bugu], który podobno oferuje najlepszy widok na rzekę 🙂

    Bug Gnojno
    Po drugiej stronie Bugu

    Samo Gnojno to wieś, której historia sięga czasów rzymskich i sławnego bursztynowego szlaku, który tędy prowadził. Pierwsza historyczna wzmianka datowana jest na 18 marca 1241 i dotyczy spalenia miejscowego kościoła przez Tatarów podczas bitwy pod Chmielnikiem.

    JANÓW PODLASKI

    Droga wjazdowa na teren stadniny

    Janów Podlaski słynie z koni. Znajduje się tu najstarsza państwowa stadnina koni. Konie rasy arabskiej i półkrwi mieszkają tu od 1817 roku. Taka tradycja robi wrażenie. Zespół klasycystycznych stajni w Wygodzie koło Janowa zajmuje 2500 hektara. Tutaj zatrzymałyśmy się na ostatni nocleg na naszej wycieczce. Dalej kolano mi już nie pozwoliło jechać.

    Nocleg w „hotelu” w stadninie przypominał ten w starszych schroniskach młodzieżowych i górskich, ale było czysto i otoczenie było piękne. Zjeść udało nam się w punkcie gastronomicznym – bo inaczej tego nie można nazwać. Dość tanio, ale bardzo podstawowo. Nie do końca umiem sobie wyobrazić, jak stadnina gości ludzi, wydających tysiące na konie. Pewnie nie nocują i nie jedzą na terenie stadniny.

    Swoje powstanie stajnie zawdzięczają wojnom napoleońskim, podczas których drastycznie wzrosło zapotrzebowanie na konie. O wniesienie klasycystycznych budynków wraz z wieżą zegarową zadbał Rosjanin Iwan Paskiewicz. Sam Janów, nazywał się kiedyś Porchowo, a najstarsze zapisy o nim pochodzą ze średniowiecza. Nazwę Janów zawdzięcza biskupowi Janowi Łosowiczowi, który w 1450 roku przeniósł rezydencję biskupią z Łucka do Porchowa. Początkowo miejscowość nazywała się Janów Biskupi. W 1465 roku Janów zyskał prawa miejskie. Po czym trzykrotnie je stracił. Ostatni raz w 1946 roku. I tak już zostało. Jednak stadnina nie znajduje się w samym Janowie, ale w położonej dwa kilometry dalej – Wygodzie.

    Pierwsze konie przywędrowały do Janowa z cesarskich stajni w Wiedniu, hodowców w Rosji i Anglii. W czasie pierwszej wojny światowej janowickie stado ewakuowano. Większość koni zginęła. Chociaż stado odtworzono, to kolejna wojna znów przyniosła straty. Do pierwszej aukcji koni arabskich, jesienią 1969 roku, doprowadził ówczesny dyrektor Andrzej Krzyształowicz. W 1980 roku, arabskiego ogiera El Paso sprzedano za milion dolarów. W 1985 roku klacz Penicylina poszła za 1,5 miliona; podobną cenę 1,4 miliona euro – stadnina zarobiła sprzedając klacz Pepita w 2015 roku.

    Na czas wprowadzonego stanu wyjątkowego zwiedzenie stadniny zostało zawieszone. Aktualne informacje i ceny znajdziecie na stronie.

    PRATULIN

    Pratulin to miejscowość z przynajmniej średniowiecznym rodowodem, chociaż obecną nazwę nadał jej Józef Franciszek Sapieha w 1732 roku. Leżał na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego i prawdopodobnie zamieszkiwany był przez ludność pochodzenia rusińskiego. Od 1815 roku Pratulin znajdował się w Królestwie Kongresowym. W 1861 r. w obrębie parafii pratulińskiej mieszkało 1850 katolików obrządku greckiego, 251 katolików obrządku łacińskiego, 62 żydów, 32 chrześcijan niekatolików i 14 muzułmanów. Z grekokatolikami wiąże się najbardziej tragiczna część historii Pratulina. W styczniu 1874 roku, w trakcie akcji przymusowego przyłączenia unitów do Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, zginęło tu 13 unitów. Zostali zastrzeleni przez rosyjskie wojsko próbując nie dopuścić nowego kapłana do cerkwi.

    Cerkiew, której bronili uniccy męczennicy została rozebrana, a na jej miejscu postawiono osiemnastowieczny drewniany kościół przywieziony ze Stanina. Na pamiątkę trzynastu zamordowanych wokół kościoła stworzono ścieżkę męczenników – z kapliczką dla każdego z nich.

    Ścieżka męczenników Pratulin

    Nazwa Unici wzięła się od Unii Brzeskiej, która łączyła wyznawców prawosławia na ziemiach Rzeczpospolitej z kościołem katolickim. Unici przyjęli prymat papieża i katolickie dogmaty, ale zachowali formy liturgiczne charakterystyczne dla obrządku wschodniego, język starocerkiewnosłowiański, kalendarz juliański. Nie przyjęli również celibatu dla duchownych. Z biegiem czasu kościół unicki przejmował kolejne cechy katolicyzmu. Unia spotkała się z ostrym sprzeciwem Rosji oraz prawosławnego patriarchatu moskiewskiego. Po rozbiorach na terenach, które znalazły się pod zaborem rosyjskim rozpoczęto prześladowania kościoła unickiego. Początkowo ze świątyń usuwano wszelkie kojarzące się z katolicyzmem symbole i sprzęty, takie jak organy, monstrancje, dzwonki. Następnie wiernych namawiano do przejścia na prawosławie, później stosowano groźby i kary. Stosowano kary więzienia i zsyłki, aż w końcu dochodziło do interwencji zbrojnych. Podobnie rzecz się miała w Pratulinie. W wyniku starcia wojska z broniącymi dostępu do cerkwi wiernymi rannych zostało 180 unitów, a 13 zostało zamordowanych. Tych trzynastu pochowano w nieoznakowanym wspólnym grobie. Wydarzenie to nie zdusiło unickiego ducha w Pratulinie, więc nie był to koniec prześladowań. W 1996 roku pratulińscy męczennicy zostali beatyfikowani.

    W Pratulinie znajduje się również katolicki kościół p.w. św. Piotra i Pawła z 1838 roku. Kościół ten również był zmieniony przez rosyjskie władze na cerkiew. Na terenie kompleksu znajduje się również droga krzyżowa.

    Droga krzyżowa w Pratulinie

    Pozostałe wpisy z wycieczki Green Velo: wstęp // Białystok i Supraśl // Szlak tatarski // Gródek, Kraina Otwartych Okiennic, Narew i Narewka // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze

  • Travel,  Tychy

    Tyski alfabet. Nowe Tychy od A do Z.

    Często bywa tak, że mieszkając w jakimś mieście nie zauważamy jego urody, nie widzimy jak jest niezwykłe. Seria “Tyski alfabet. Nowe Tychy od A do Z” jest dla mnie szansą dojrzenia niezauważanych na co dzień szczegółów miasta, w którym mieszkam. Chodząc po uliczkach, wchodząc w osiedla, które do tej pory omijałam, a nawet spacerując uważniej po tych rejonach, w których byłam wielokrotnie, odkrywam ciekawe miejsca, zauważam przeoczane do tej pory szczegóły i smaczki.

    „Tyski alfabet. Nowe Tychy od A do Z” jest też możliwością przedstawienia Tychów innym, zainteresowania ludzi tym miastem. Dzisiaj Tychy nie jawią się podróżnikom, jako warte odwiedzenia, a myślę, że są. Za projekty budynków i osiedli w Tychach odpowiadali doskonali architekci, którzy zdobywali i wciąż zdobywają nagrody za pracę w naszym mieście. Może wpisy tej serii pomogą chociaż jednej osobie nowej w Tychach odkryć ich urok?

    Do tej pory Tychy – swego rodzaju żywe muzeum architektury powojennej – od socjalizmu do postmodernizmu – przyciągało głównie pasjonatów i studentów architektury, ale myślę, że dzieje się tu wiele w kierunku zainteresowania Tychami innych grup. I zachęcenia ludzi do pozostania, lub zamieszkania w Tychach.

    Tychy Paprocany
    Tychy, Paprocany.

    Zapraszam Was na wycieczkę po tyskich osiedlach, które nazwane są literami alfabetu od A do Z. System ten miał swój początek na deskach architektów, którzy literami oznaczali projekty poszczególnych zespołów osiedlowych. Jak to bywa – najtrwalsze są prowizorki, więc ta tymczasowa nomenklatura przeszła do języka tyszan i została w końcu prawnie usankcjonowana. Teoretycznie do każdej z tych liter przypisane jest imię żeńskie – A, to Anna, B – Barbara, C – Celina, ale to rozbudowane nazewnictwo nie jest szczególnie popularne i spora część tyszan nie wie, jakie imię patronuje któremu osiedlu. Imieniem określa się Balbinę, Łucję, Stellę… I to chyba na tyle.

    W system literowy wtłoczone zostało również nazewnictwo ulic wewnątrz osiedlowych. Na osiedlu A, ulice zaczynają się od litery a, na osiedlu M, od litery m. Są drobne wyjątki, ale ogólnie zachowana jest ta zasada. Również kluby osiedlowe noszą imiona patronek osiedli – na M jest klub Magdalena, na O – Olimpia, na R – Regina. Chociaż i tu mamy wyjątki – Orion, Uszatek, Tuptuś. Nie ma damskich imion – ale liter się trzymają 🙂

    Tychy osiedle B
    Tablica informacyjna – ulica Batorego na osiedlu B.

    TYSKI ALFABET. NOWE TYCHY OD A DO Z

    O czym będę pisać w tej serii? Cóż – tytuł mówi sam za siebie. W każdym z wpisów zabiorę Was na wycieczkę po jednym z osiedli Nowych Tychów. Zaczęłam alfabetycznie, ale nie jest powiedziane, że tak zostanie. Jak to często bywa, są osiedla o których pisze się łatwiej, i takie, nad którymi trzeba się trochę napracować. Osiedle A jest przykładem tych łatwiejszych. Często wspominane w publikacjach, opisane na blogach, pełne rzeźb, ozdób i ciekawostek architektonicznych – wpis pisał się sam. Są jednak osiedla – w głównej mierze te, które powstały w drugiej fazie budowania Nowych Tychów, którym brakuje jeszcze historii, na których na pierwszy rzut oka nie ma absolutnie nic interesującego i te będą na pewno sprawiać kłopot.

    Mam nadzieję, że wyjdzie mi z tego cykl, który zainteresuje chociaż wąskie grono odbiorców i który, w jakiejś mierze, spełni moje założenia. Że komuś pomogę, kogoś zaciekawię, zainteresuję Tychami.

    Jednak przede wszystkim mam nadzieję, że tymi wpisami uda mi się zmienić nieco percepcję Tychów jako miasta sypialni, bez duszy, historii i kultury, bez niczego wartego zobaczenia, zatrzymania się na chwilę.

    BUDOWA NOWYCH TYCHÓW – ETAP PIERWSZY

    Na początek kilka słów o tym jak powstawały Nowe Tychy.

    Pomysł na rozbudowę Tychów [nie pierwszy w historii] powstał w roku czterdziestym dziewiątym podczas prac nad planem dla Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego. Konieczność deglomeracji GOP wymagała wytypowania miejsc, w które można by było przenieść część zakładów przemysłowych i ludności, a które znajdowałyby się blisko GOP i były z nim dobrze skomunikowane. Jednym z takich miejsc – miast-satelitów – były niewielkie wówczas, dziesięciotysięczne Tychy. Zielonym światłem była uchwała Prezydium Rządu z 4 października 1950 r.:

    „W okresie planu 6-letniego rozbudować m. Tychy do rzędu miast około 30.000 mieszkańców […]. W planie perspektywicznym przewidzieć dalszą rozbudowę miasta Tychy do rzędu miast 100-tysięcznych z uwzględnieniem przejęcia części funkcji centralnych w stosunku do Centralnego Zagłębia Węglowego dla odciążenia Katowic”.

    Projektantem pierwszego osiedla – socrealistycznego A, jak Anna – był Tadeusz Teodorowicz-Todorowski. Za wygląd kolejnych osiedli oraz planu generalnego miasta odpowiadali wyłonieni w konkursie Kazimierz Wejcher i Hanna Adamczewska [później Adamczewska-Wejchert]. Ów plan został zatwierdzony 19 marca 1953 roku. Wytyczono dwie główne osie nowego miasta. Oś wschód – zachód stanowi linia kolejowa umieszczona w wykopie. Natomiast z północy – od Parku Północnego, na południe – Park Południowy [a dalej las wokół Jeziora Paprocańskiego] poprowadzona została tak zwana Zielona Oś Miasta, składająca się głównie z Parków i zieleńców. Na osi północ-południe, w 1967 roku rozpoczęto budowę Urzędu Miasta [wtedy: Prezydium Miejskiej Rady Narodowej], który zaprojektowali Wacław Jaciow, Emilian Piasecki i Kazimierz Wejchert

    Wokół miejsca przecięcia się obu osi, ograniczone przez główne ulice powstał kwadrat o boku około kilometra, w którym mieścić się miało centrum miasta. Czy tak się stało i tak zostało? Wbrew pozorom kwestia centrum Tychów nie jest łatwa i różne są opinie. Myślę jednak, że mogę zaryzykować teorię, iż większość mieszkańców Tychów umieści centrum Tychów wzdłuż ulicy Grota Roweckiego, czyli w zachodniej części obszaru wyznaczonego przez architektów.

    Mapa osiedli Tychów
    Plan ogólny miasta został w roku 1955 nagrodzony przez Komitet ds. Urbanistyki i Architektury nagrodą I stopnia
    [plan ogólny miasta, fot. Kazimierz Wejchert – Nowe Tychy]

    Z końcem roku 1950 zatwierdzono uchwałą plan rozbudowy miasta, a w latach 1951-59 oddano do użytku nowe mieszkania dla czterdziestu tysięcy mieszkańców. Mieszkania powstawały i od razu wprowadzali się do nich nowi lokatorzy. W archiwach muzeum miejskiego znajdziecie niejedno zdjęcie dzieciaków bawiących się na wykopach, czy wśród gruzu, życia toczącego się tuż obok powstających kolejnych budynków.

    „Ależ to była przygoda! Rysowaliśmy coś na arkuszu, potem ktoś to zanosił na budowę, nagle setki ludzi zaczynało z tym planem pracować, w ruch szły maszyny i z naszego rysunku rósł budynek, a z budynków cała dzielnica. Huśtawka emocji – duma, że powstaje nasza budowla, ale i obawa, czy się nie pomyliłem w obliczeniach i dom się nie zawali. Koledzy w innych miejscach Polski mogli czuć frustrację, pracowali nad wieloma projektami, a tylko nieliczne realizowano. Nasze były natychmiast urzeczywistniane”.

    Fragment wywiadu z architektem Andrzejem Czyżewskim

    Ostatnie osiedle w północnej części Tychów – osiedle G – skończono budować w 1975 roku.

    DRUGI ETAP BUDOWY TYCHÓW

    Kiedy rozpoczęła się budowa nowego miasta i powstał wykop kolejowy – Stachowa Kępa znalazła się po jego południowej stronie, która do 1972 roku zachowała wiejski charakter. Wystarczyło przejść nowo zbudowanym mostem nad koleją [u wylotu dzisiejszej ulicy Grota Roweckiego], żeby znaleźć się w innym świecie – wśród pól, ze skowronkami śpiewającymi nad głową.

    Maria Lipok-Bierwiaczonek, Tychy oczywiste i nieoczywiste.

    Pierwsza część rozbudowy Tychów zatrzymała się na osi wschód – zachód wyznaczonej przez linię kolejową. W drugim etapie budowniczy przekroczyli tą linię. W latach 1972-73 rozpoczęto budowę osiedli M i H. Intensywną budowę Tychów skończono po roku 1982.

    A GDZIE STARE TYCHY?

    Chociaż z opisów i zdjęć wydawać by się mogło, że Nowe Tychy powstały na pustym placu, to jednak nie jest to w żadnym stopniu bliskie prawdzie. Samo nazewnictwo – chociaż nigdy oficjalnie nie usankcjonowane – Nowe Tychy, świadczy o tym, że jakieś Tychy istnieć musiały wcześniej. I istniały. Chociaż Tychy do 1951 roku nie posiadały nigdy pełnych praw miejskich, to jednak, jako wieś, były dość niezwykłe. Większość z blisko 11 tysięcznej społeczności zamieszkującej Tychy przed rozbudową, utrzymywało się z pracy poza rolnictwem. A ich przodkowie zasiedlali te ziemie od czasów średniowiecza. Dwa browary – książęcy i obywatelski, fabryka celulozy – to duże przedsiębiorstwa produkcyjne, które też niekoniecznie kojarzą nam się z wsią. W Tychach był szpital, sierociniec, cztery szkoły powszechne, kino, gazownia i ośrodek rekreacyjny z basenem. Dworzec na linii Bielsko Katowice zapewniał dostęp do większych ośrodków.

    Na terenie, na którym dzisiaj stoją zabudowana Nowych Tychów znajdowały się budynki mieszkalne i gospodarstwa tych, z dawnych mieszkańców miasta, którzy rolę uprawiali. Pierwsi osadnicy w nowym mieście na własne oczy widzieli, jak gospodarstwa te – jedno po drugim znikają, pożarte przez nowy twór. Do dzisiaj, na pierwszych osiedlach Nowych Tychów, można spotkać dawne zabudowania. Ceglane domy pozostawione pomiędzy blokami. Podobnie rzecz ma się z osiedlami W czy Z, które dawniej były częścią wsi Paprocany. Budowa Nowych Tychów dramatycznie zmieniła życie rodzimych mieszkańców miasta. Stąd często słyszy się opowieści o niesnaskach między ludnością starotyską, a napływową. Dziś ostały tylko echa tamtych animozji, a Ślązaka w Tychach uświadczyć trudno. Mozaiki popularne w przestrzeni miejskiej, można odczytywać jak analogie tyskiego społeczeństwa – miksu rdzennych mieszkańców i tych, którzy przyjechali tu z każdej strony kraju.

    Mimo że przez kilkanaście lat [a szczerze mówiąc dłużej, bo jeszcze pamiętam w latach dziewięćdziesiątych dostawanie listów zaadresowanych do Nowych Tych] używano nazwy Nowe Tychy nie została ona nigdy usankcjonowana prawnie. Tychy pozostały Tychami. Za to nazwa Stare Tychy stała się nazwą dzielnicy obejmującej miejską część miasta sprzed rozbudowy.


    ARTYKUŁY CYKLU:  osiedle A, osiedle B, osiedle C, osiedle D, osiedle E, osiedle F, osiedle G, osiedle H, osiedle I, osiedle J, osiedle K, osiedle L, osiedle Ł, osiedle M, osiedle N, osiedle O, osiedle P, osiedle R, osiedle S, osiedle T, osiedle U, osiedle W, osiedle Z

    BIBLIOGRAFIA

    Przy tworzeniu poszczególnych wpisów serii korzystałam z różnych źródeł – internetu, prasy, książek. Poniżej podaję dla tych, których temat bardziej interesuje, listę książek, do których udało mi się dotrzeć

    Maria Lipok-Bierwiaczonek, Tychy oczywiste i nieoczywiste, Książęce ślady, dotknięcie sacrum i nowe miasto, Tychy 2015

    Patryk Oczko, Tychy sztuka w przestrzeni miasta, Muzeum Miejskie w Tychach 2015

  • Rowerem,  Travel

    Green Velo – Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze

    Chociaż część tego dnia poświęciłyśmy na spacer kładką Żebra Żubra oraz odwiedzenie rezerwatu udało nam się tego dnia przejechać ponad osiemdziesiąt kilometrów, po drodze mijając miejscowości Hajnówka, Dubicze Cerkiewne, Kleszczele i Rogacze. Kondycyjnie to nie był najlepszy dzień. W kość dało mi siodełko, dłonie bolały, na rękach pojawiło się uczulenie na słońce i zaczęło mnie boleć kolano. Niemniej jednak widoki były super, trasa przyjemna, a mijane miasteczka urokliwe. Zaczęły nam się również powoli przejadać cerkwie 🙂

    HAJNÓWKA

    Hajnówka, nazywana bramą do Puszczy Białowieskiej leży na jej zachodnim krańcu. Znajduje się na granicy Podlasia i Polesia. Jest to około dwudziestotysięczne miasteczko ze sporą mniejszością białoruską. Język białoruski został nawet uznany w Hajnówce za język pomocniczy.

    Hajnówka kościół Świętej Trójcy
    Sobór Świętej Trójcy
    Hajnówka cerkiew
    Cerkiew męczennika Dymitra Sołuńskiego

    W miasteczku można się wybrać na wycieczkę kolejką wąskotorową leśną lub odwiedzić Park Miniatur Zabytków Podlasia.

    DUBICZE CERKIEWNE

    Kolejne na trasie były Dubicze Cerkiewne – wieś z długą, bo sięgającą szesnastego wieku, historią. Według Legendy wieś została założona przez wschodniosłowiańskie plemię Krywiczów, którzy przywędrowali w te strony z północnej Litwy. Widok dębowego zagajnika na tyle zachwycił wędrowców, że postanowili uczynić z tego miejsca swoją życiową przystań. Plemię to zwyczajowo tworzyło osady w pobliżu zagajników dębowych. Od tej legendy wywodzi się również pochodzenie nazwy wsi. Po białorusku dub – znaczy dąb.

    Inna legenda głosi, że we wsi „od zawsze” znajdowała się cerkiew. Według jednych podań owa cerkiew, pod wezwaniem Piotra i Pawła, spłonęła. Z pożaru ocalała jedynie porwana przez wiatr ikona Opieki Matki Boskiej. Wiatr miał ją zanieść w miejsce, w którym stoi obecna cerkiew. Druga wersja mówi o zapadnięciu się cerkwi pod ziemię w karze za grzechy. Ta opowieść mówi o tym, że do dzisiaj w Piotra i Pawła można, przykładając ucho do ziemi, usłyszeć cerkiewne dzwony. Gdyby ktoś chciał spróbować zapraszam na wzgórze w pobliżu uroczyska Bachmaty dwunastego lipca. Przy okazji możecie się rozejrzeć, za zakopanym gdzieś w okolicy Dubicz skarbem Napoleona.

    KLESZCZELE

    Kleszczele założył Mikołaj Radziwiłł na rozkaz króla Zygmunta I Starego. Pierwsze prawo lokacyjne pochodzi z 1506 roku.

    Wśród zabytków Kleszczeli znajduje się pochodząca z 1709 roku wieża, pozostałość po cerkwi p.w. św. Mikołaja, o której pierwsza wzmianka pochodzi z 1560 roku. W cerkwi siedzibę miała szkoła, schronisko dla ubogich oraz prężne bractwo cerkiewne. Cerkiew została zniszczona we wrześniu 1915 roku w wyniku działań wojennych.

    Jedną z właścicieli miasteczka była królowa Bona, która udzieliła miastu pozwolenia na budowę ratusza. Rozwój Kleszczeli przerwały wojny ze Szwedami, ale udało się je odbudować po sporych zniszczeniach. Kleszczele słynęły z uprawy chmielu, który eksportowano do Królewca. W czasie pierwszej wojny światowej ludność pochodzenia ruskiego ewakuowano. Kolejna wojna przyniosła zniszczenia miasta i mordy ludności. W efekcie w 1950 roku Kleszczele straciły prawa miejskie, które odzyskały w 1993.

    ROGACZE

    Cytując blog Hej Podlasie: „Rogacze to niewielka wieś, położona niemal na końcu świata. Można tu przyjechać podziurawioną leśną szosą od strony Milejczyc albo piaszczystym traktem leśnym przez Mikulicze. Stąd kolejna niepozorna, brukowana dróżka zawiedzie nas prosto do rohackiej cerkwi.”

    Rogacze, dawniej Rohacze, założono w XV wieku. W okresie pierwszej wojny światowej prawosławna ludność Rogacz wyemigrowała. Powrót nastąpił w latach 1919-21. Jednak po drugiej wojnie światowej wysiedlono do ZSRR ponad 500 rogackich parafian.

    Chociaż cerkiew istniała we wsi już w 1525 roku, obecnie istniejąca nie jest tą samą. Tamta cerkiew, chociaż remontowana, popadła w ruinę. Notatki z wizyty generalnej sporządzone w 1725 roku świadczą o jej kiepskim stanie:

    Cerkiew stara drewniana, zgniła palem ogrodzona, bez kopuły, bez krzyża. Dzwonnica z babińcem przy cerkwie iuż obalająca się okien w cerkwi dwie w Drzewo robionych. Dach gątowy zbyt dziurawy stary (…) posadzki żadney nie masz w piasku wszystko apparentia zanurzone (…) Carskie Drzwi Stolarskie opierzchłe iuż malowania nie znać (…) Dzwon Nadzwonnicy rozbitya drugi sygnaczek dobry…”.

    W połowie XVIII wieku [prawdopodobnie] – w miejscu ukazania się cudownej ikony świętego Antoniego, zbudowano nową cerkiew. Ta niestety spłonęła w 1872 roku; ikona przetrwała pożar. Obecna cerkiew p.w. Narodzenia Najświętszej Marii Panny, została zbudowana w XIX wieku w Dubinach, a następnie – w 1872 roku – kupiona i przeniesiona do Rogaczy. W cerkwi znajduje się cudowna ikona świętego Antoniego Kijowsko – Pieczerskiego. Oryginalna ikona została wywieziona, jednak pozostała po niej ryza [ozdobna metalowa koszulka ikony] również ma cudowne uzdrawiające właściwości. Znajdującą się obecnie w cerkwi kopię ikony świętego Antoniego napisał mnich Archip z monastyru w Żyrowicach.


    Zobacz pozostałe wpisy z Green Velo.

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Białowieża i Białowieski Park Narodowy

    10 sierpnia, piątek – skierowałyśmy rowery w stronę Białowieży. Szlak oczywiście musiał stawać okoniem i okazał się zamknięty – nie wiem, czy powodem była przebudowa, czy trwające protesty w obronie korników, faktem jest, że trzeba było szukać trasy alternatywnej. Koniec języka za przewodnika i dostajemy wytyczne, których i tak nie udało nam się wypełnić. Jakieś kłody, pokrzywy, zmusiły nas do wcześniejszej ucieczki, ale ostatecznie wróciłyśmy na Green Velo tuż za blokadą kończącą zamknięty odcinek.

    białowieski park narodowy
    You shall not pass…

    DROGA PRZEZ PUSZCZĘ

    Jadąc przez puszczę miałyśmy widok z pierwszego rzędu na bardzo głośny wtedy temat kornika i wycinki chorych drzew. Całe połacie martwych świerków sprawiały straszne wrażenie. Trwał tak zwany spór o puszczę. Zarzucano leśnikom wycinkę na niespotkaną skalę, podczas gdy na miejscu, na żywo, okazywało się, że to jakaś sztucznie nakręcana afera potrzebna zapewne komuś do celów politycznych.

    Według danych Lasów Państwowych aktywność kornika zaczęła od 2013 roku drastycznie rosnąć, ale nie spowodowało to masowej wycinki. W 2016 roku wycięto 40 z prawie 500 tysięcy zaatakowanych drzew.

    Na trasie szlaku Green Velo znajduje się jedna z okolicznych atrakcji Szlak Dębów Królewskich. Postanowiłyśmy skorzystać i przejść się szlakiem liczącym jakieś 500 metrów, prowadzącym po kładce przez las. Znów spotkał nas zawód. Największe dęby można było spokojnie obejrzeć z drogi, te rosnące na trasie, czasem nawet ciężko było dojrzeć pośród drzew.

    Bilet wstępu na trasę kosztuje 7,00zł [ulgowy 5,00]

    Białowieski Park Narodowy Green Velo

    BIAŁOWIEŻA

    Białowieża okazała się uroczym miasteczkiem. Pełnym zieleni – leży w końcu w Puszczy Białowiejskie i na skraju Białowieskiego Parku Narodowego, z atrakcyjną architekturą.

    Głównymi atrakcjami są Białowieski Park Narodowy oraz Park Pałacowy.

    Puszcza Białowieska była przez wieki miejsce polowań lubianym przez możnowładców, dlatego już w XVI wieku istniał tu dwór. Najstarsza wzmianka o Białowieży pochodzi z kronik Jana Długosza, który opisywał polowania Jagiełły gromadzącego zapasy na wojnę z Krzyżakami. Na polowania przyjeżdżał tu Zygmunt August, Stefan Batory, Wazowie, August III Sas czy Poniatowski, ale pałacu z prawdziwego zdarzenia Białowieża doczekała się dopiero od cara Aleksandra III. Budowa rozpoczęła się w 1889 roku, a ukończony pałac musiał być piękny. Drewno do jego budowy było specjalnie preparowane, żeby nabrało ciemniejszej barwy, parkiety były ułożone na cienkiej warstwie piasku, żeby nie skrzypiały, wykończenia z zaczernianego żelaza i brązu, wypalane ornamenty… 

    Białowieża pałac

    Niestety pałac dotrwał jedynie do roku 1944. W pewną lipcową noc spłonął strawiony przez ogień zaprószony przez wojska węgierskie.

    Białowieża park brama
    Brama to jedyna zachowana część carskiego pałacu. Mieściła się w niej zbrojownia i wartownia, a dzisiaj znajdziecie tu galerię i sklepik.

    Pałac leżał na terenie parku, który zachował się do dzisiaj. Przy wejściu do niego wykopano dwa bliźniacze stawy – miały, z lotu ptaka, przypominać skrzydła orła z herbu Romanowów.

    Białowieża dworek gubernatora
    Dworek Gubernatora z 1845 roku znajdujący się w parku.

    W miasteczku zobaczyć można również cerkiew świętego Mikołaja z ikonostasem z chińskiej porcelany. Sprowadzony z Petersburga ikonostas jest obecnie jedynym takim w Polsce.

    Historia cerkwi w Białowieży to historia wielu nietrwałych, czy może niedbale budowanych budowli, które szybko popadały w stan, w którym trzeba je było rozbierać. Budowę cerkwi murowanej, obecnej, zaprojektowanej przez wileńskiego architekta Pimienowa, rozpoczęto wkrótce po rozpoczęciu prac budowalnych przy pałacu. Jeszcze przed jej ukończeniem, 20 sierpnia 1894 roku, zwizytował ją car Aleksander III, jej fundator. 22 stycznia 1895 r. (według starego stylu) nastąpiło wyświęcenie nowej świątyni. W historii budowy cerkwi znajdziemy śląski rys – cegły do jej budowy wyrabiał na miejscu sprowadzony z Górnego Śląska Juliusz Karol Miller.

    BIAŁOWIESKI PARK NARODOWY

    Teren Białowieskiego Parku Narodowego obejmuje Obręb Ochronny Rezerwat i Obręb Ochronny Ośrodka Hodowli Żubrów. W skład pierwszego wchodzą obszar podlegający ochronie ścisłej, ochronie czynnej, oraz ochronie krajobrazowej. Obręb Ochronny Rezerwat podzielony jest na Obwody Ochronne: Gruszki, Zamosze, Masiewo, Cupryki, Sierganowo, Dziedzinka. Druga to dwa rezerwaty hodowlane i Rezerwat Pokazowy Żubrów wraz z zapleczem oraz hodowla wolna mająca na celu restytucję żubra w polskiej części Puszczy Białowieskiej. Jest to drugi najstarszy park w Polsce.

    Obszar Ochrony Ścisłej został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Chroni on ostatni w Europie fragment lasu pierwotnego – zachowany w stanie naturalnym bór niżowy. W tej części parku zaniechano ingerencji człowieka – nie ścina się drzew, ani nie usuwa tych, które padną. Przyroda radzi sobie sama. Na teren rezerwatu ścisłego można wejść jedynie z certyfikowanym przewodnikiem, w małych grupach [do 10 osób].

    białowieski park narodowy rezerwat ścisły
    Wejście do rezerwatu ścisłego.

    Żeby zwiedzić rezerwat ścisły należy się zapisać na wycieczkę z przewodnikiem. Listę biur turystycznych, które to organizują, znajdziecie na stronie Parku, ale wystarczy przejść się w okolicę parku pałacowego, żeby znaleźć budkę, w której zapiszecie się na wycieczkę. My zapisałyśmy się na dzień kolejny, na rano, w sezonie turystycznym, więc zakładam, że nie będziecie mieć problemu ze znalezieniem terminu. Przewodniczka trochę opowiadała o parku, ale głównie skupiła się na tym, żebyśmy z wizyty coś wynieśli, więc uczyła nas jak rozpoznawać drzewa po ich korze. Nawet udało mi się coś zapamiętać 🙂

    Wycieczkę ledwo udało nam się dokończyć, a później nastąpiła powódź. Przez park pałacowy wracałam boso po kolana w wodzie. Resztę dnia musiałyśmy spędzić na kwaterze, która na szczęście miała zadaszony taras, więc nie siedziałyśmy zamknięte w pokoju. Towarzyszył nam lokalny trunek o nazwie Kornik.

    Bilet wejścia do rezerwatu kosztuje 8,00 PLN [ulgowy 4,00 – stan na 29.05.22 – aktualny cennik na stronie]

    ŻEBRA ŻUBRA I REZERWAT POKAZOWY

    Ścieżkę Żebra Żubra i rezerwat musiałyśmy, z powodu pogody, odłożyć i odwiedziliśmy je kolejnego dnia przed wyruszeniem w dalszą drogę.

    Kładka żebra żubra

    Kładka Żebra Żubra to ścieżka prowadząca przez podmokłe rejony puszczy. Wstęp jest bezpłatny, a trasa bardzo ładna. Przejście zajmuje około pół godziny. Jej położenie spokojnie znajdziecie w mapach Google. Wyremontowaną kładką można spokojnie przejść z rowerem. Trasa kończy się w okolicy Rezerwatu Pokazowego.

    Na terenie Rezerwatu Pokazowego Żubra, żyją nie tylko żubry. W warunkach zbliżonych do naturalnych żyją tu wszystkie występujące w puszczy ssaki kopytne i duże drapieżniki. Poza żubrami znajdziecie tu łosie, jelenie, sarny i dziki oraz wilki i rysie. Dodatkowo koniki i żubronia, krzyżówkę żubra z bydłem domowych. Na zwiedzenie rezerwatu nie potrzeba dużo czasu.


    Koniec dnia, w którym opuściłyśmy Białowieżę był początkiem końca naszej wyprawy. Tego dnia zaczęło mnie boleć kolano. Następnego dnia miałam nadzieję, że się rozjeździ, ale zamiast tego się zajechało. Musiałyśmy zjechać z trasy, żeby znaleźć fizjoterapeutę, ponieważ Google nie widziało żadnego na naszej dalszej trasie.

    Zapraszam na pierwszy wpis z wyprawy, w którym znajdziecie linki do wszystkich wpisów, lub kolejny etap naszej wyprawy – Green Velo – Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze.

  • Bez kategorii

    Moje sposoby na radzenie sobie ze stresem

    Żyjemy w świecie, w którym wiele osób czuje niepokój, stres, rozdrażnienie. Coraz bardziej potrzebne nam są sposoby na wyciszenie i zrelaksowanie nie tylko ciała, ale też umysłu. Na odcięcie się od świata zewnętrznego, w którym szaleją wirusy i wojny i skontaktowanie się z naszym wnętrzem, zadbanie o siebie. Dzisiaj chciałam się z Wami podzielić moimi sposobami na utrzymanie równowagi i spokoju. Może ktoś z Was potrzebuje w tym temacie odrobiny inspiracji. Oto moje sposoby na radzenie sobie ze stresem.

    DZIEŃ OFFLINE

    Nie wierzyłam w dni offline, czy raczej nie rozumiałam, o co w nich chodzi. Czemu ludzie odinstalowują na weekend lub wakacje aplikacje, czemu wyłączają telefony? Przecież wystarczy do nich nie zaglądać prawda? Nie chcę, to nie patrzę. Któregoś dnia, kiedy miałam dość wszystkiego i wszystkich wyłączyłam telefon na cały dzień, żeby nikt, ani nic, nie mógł się ze mną skontaktować. I wtedy zrozumiałam. Owszem, można nie zaglądać do telefonu, ale powiadomienia wciąż przychodzą, ktoś może zadzwonić – jakimś mechanizmem prowadzony, mózg jest cały czas w stanie czuwania. Natomiast przez wyłączenie telefonu pozwalamy sobie na całkowity odpoczynek. Nie wierzyłam, dopóki się nie przekonałam i Wam też polecam.

    Photo by Alexandra Fuller on Unsplash

    SHINRIN YOKU

    Shinrin Yoku czyli kąpiel leśna, lub lasoterapia to praktyka uważnego spacerowania po lesie. To wolny spacer i doświadczanie lasu wszystkimi zmysłami, uważność na rośliny, zapachy, wszystko co nas otacza. Kąpiele leśne mają pozytywny wpływ nie tylko na stres, ale również metabolizm, układ odpornościowy, krążenie. 

    Photo by veeterzy on Unsplash

    Shinrin Yoku przyszło do nas z Japonii, chociaż Japończycy ani nie wynaleźli lasów, ani spacerów po nich. Wymyślili za to zgrabną filozofię i metodologię i dziś stają się one coraz popularniejsze. Powstały ośrodki terapii, szkoły kształcące instruktorów.

    Aby poprawnie zanurzyć się w leśnej kąpieli należy ograniczyć liczbę rozpraszaczy. Wyłączyć telefon, nie słuchać muzyki, jeśli jesteśmy w grupie, ograniczyć rozmowy. Dobrze jak spacer trwa około dwóch godzin, podczas których robimy częste przerwy na chłonięcie i doświadczanie lasu. Cel nie jest ważny, ważne jest chodzenie. Słuchaj, czuj, dotykaj.

    Kąpiel leśna, raz na tydzień działa cuda.

    SAMA ZE SOBĄ

    Dzień w samotności to od czasu do czasu dla mnie nie tylko przyjemność, ale wręcz konieczność. Bez nich wykończyłabym się psychicznie na pewno. Pozwalają mi odbudować zasoby energii i cierpliwości potrzebnych do interakcji z ludźmi. Interakcji, które często są dla mnie trudne, jako że jestem introwertykiem. 

    Photo by Jessica Favaro on Unsplash

    Ale nawet jeśli ktoś introwertykiem nie jest na pewno skorzysta na dniu spędzonym tylko ze sobą. Dniu, w którym może robić co tylko chce. W którym jedyne zdanie i jedyna opinia, z jaką musi się liczyć to jego własna. Uwolnienie od towarzystwa – zobowiązań, norm społecznych, powinności – jest cudownie relaksujące. Pozwala również przyjrzeć się sobie trochę lepiej. Towarzystwo innych – co czasem świadomie wykorzystujemy – to doskonały sposób, na zagłuszenie własnych problemów, dylematów. Podczas spędzonego samotnie dnia możemy posłuchać samych siebie, zobaczyć, czy coś w nas nie potrzebuje naszej uwagi. To czas na zaopiekowanie się sobą, żeby nasz dobry nastrój i spokój nie były tylko maską, ale czymś co pochodzi z wnętrza i jest prawdziwe.

    Co robić w taki dzień? Cokolwiek Wam się zamarzy. Ja czasami robię sobie domowe spa, czasami gdzieś idę – na spacer, czy do kawiarni. Czasem mam ochotę po prostu leżeć pod kocem na kanapie i bezmyślnie oglądać jakiś serial – odcinek za odcinkiem. Na cokolwiek mam ochotę, na to sobie pozwalam, bowiem wyznaję zasadę, że jeśli tylko będziemy słuchać, nasz organizm powie nam, czego potrzebujemy.

    EAT THAT FROG

    Czyli załatw to co Cię gryzie, a będziesz mogła odpocząć. Może parafrazuję, ale zdarza się, że jakiś problem, czy sprawa do załatwienia zżera nasze zasoby energii w zastraszającym tempie. Nawet jeżeli próbujemy odpocząć, to w głowie ciągle piszemy scenariusze, zastanawiamy się, mielimy temat od każdej strony sprawiając, że prawdziwy odpoczynek jest niemożliwy. O ile się da – w takiej sytuacji najlepiej załatwić temat i mieć to z głowy. Jakkolwiek rozprawienie się z problemem byłoby nieprzyjemne – po załatwieniu sprawy poczujemy się na pewno lżej.

    Photo by Priscilla Du Preez on Unsplash

    Sprawdza się to również w kontaktach międzyludzkich. Osobiście nie mam cierpliwości do różnych dramatów, klik i spisków. Jeżeli wydaje mi się, że coś jest nie tak, to zamiast zastanawiać się, analizować przeszłość szukając potencjalnych powodów niesnasek idę do źródła i pytam. I – co dla niektórych trudniejsze – przyjmuję odpowiedź za prawdę i stosownie się zachowuję. Jeżeli ktoś, mówi mi że wszystko jest ok – to wierzę. Nie analizuję, nie zastanawiam się, czy powiedziano mi prawdę, bo nic to nikomu nie pomoże. A mi i mojemu spokojowi może jedynie zaszkodzić. Jeżeli ktoś powiedział mi nieprawdę, to jest to tylko i wyłącznie jego problem.

    POGRZEB W ZIEMI

    Doskonale odprężające i uspokajające jest grzebanie w ziemi. Ma w sobie coś takiego, że pozwala uspokoić myśli, pozbierać je, odprężyć się i zrelaksować. Jeśli nie macie działki przesadzenie domowych roślin doniczkowych też da radę. 

    Photo by Sandie Clarke on Unsplash

    Podobno kontakt z ziemią pomaga nam zredukować ilość wolnych rodników w organizmie. Możliwe, że stąd bierze się ten uspokajający efekt. Jakakolwiek jest przyczyna – najważniejsze, że działa.

    SPOKÓJ NA CITO – ODDYCHAJ

    Pierwsze co robimy przychodząc na świat to wdech. Oddychanie jest naturalne, nikt nas tego nie musi uczyć, ale czy naprawdę? Sama nauczyłam się prawidłowo oddychać kilka lat temu, dzięki mojej fizjoterapeutce i w sytuacjach nerwowych wzięcie kilku głębokich oddechów często mnie ratuje. Mnie i moje nerwowe bebechy.

    Photo by Eli DeFaria on Unsplash

    Sposób w jaki oddychałam do tamtego momentu może i utrzymywał mnie przy życiu, ale powodował też sporo problemów. A przede wszystkim nie rozluźniał, a wręcz powodował pewne napięcia. Jak zatem oddychać? Przeponą. Podczas takiego oddechu aktywuje się brzuch, potem dolne żebra idą na boki. Prawidłowy oddech przeponą ma pozytywny wpływ na różne funkcje naszego ciała – kręgosłup, jelita, postawę. Jeśli nie wiecie, na czym to polega zapytajcie swojego fizjoterapeutę, lub wujka Google. Ja nie będę się mądrzyć w sprawach, na których się nie znam. Tyle wiem, że oddech przeponą działa na mnie świetnie.


    Tyle ode mnie. Jeśli macie ochotę podzielić się Waszymi metodami na radzenie sobie ze stresem – zapraszam do komentarzy. Będzie mi bardzo miło poznać Wasze zdanie i Was 🙂

  • Lifestyle

    Bądź wdzięczny

    W ostatnim czasie rozpętało się już kilka „gównoburz” skoncentrowanych wokół wojny na Ukrainie i tematu uchodźców w Polsce. Nie będę się na ten temat wypowiadać, ani spowiadać z tego co sama robię. Tym bardziej nie będę komentować tego jak i czy pomagają inni – chociaż jest spore grono osób, które przyznają sobie do takich komentarzy prawo [nie mają go – żeby było jasne]. Nie chcę też odnosić się stricte do samej sytuacji uchodźców, ale do tematu wdzięczności. 

    Wdzięczność. Nie wiem, czy to typowo polskie, czy może ogólnoludzkie, ale czy zauważyliście w naszym społeczeństwie przykaz bycia wdzięcznym? Głupie pytanie – na pewno zauważyliście. Co najwyżej możecie się różnić podejściem do niego. Być nakazu wyznawcami i apostołami, lub osobami, które walczą o prawo do samodecydowania i z nakazem się nie zgadzają. 

    Znacie to? Musicie zaprosić na wesele dawno nie widzianą ciotkę, z którą nawet nie rozmawiacie, bo ona zaprosiła kiedyś na wesele waszych rodziców. Nie wolno wyrzucić, ani sprzedać prezentu, nawet jeśli jest wam absolutnie nie potrzebny. Ba, nawet jeśli o niego nie prosiliście oczekuje się, że będziecie wdzięczni, że będzie się wam podobać i że odwdzięczycie się tym samym. Zostaliście zaproszeni na urodziny, więc nawet jeśli normalnie urodzin nie obchodzicie, to musicie je zrobić tylko po to, żeby odwdzięczyć się zaproszeniem. Ktoś coś dla ciebie zrobił, wyświadczył ci przysługę – nie ważne czy tego chciałeś, potrzebowałeś, prosiłeś o to  – bądź wdzięczny. Nawet jak ci to utrudnia życie, czy coś komplikuje – bądź wdzięczny. Bo tak należy. Przykłady można mnożyć. 

    Wiem, że młodsze pokolenie może się teraz zastanawiać, o czym piszę i pukać w czoło i będą mieć rację. Niestety pokolenie osób mi bliskich wiekiem, oraz naszych rodziców i dziadków żyje właśnie w takiej rzeczywistości. Na moim weselu były osoby, których nie znałam, z którymi ani ja, ani mój mąż nie utrzymywaliśmy kontaktu, bo ktoś kiedyś teściów gdzieś zaprosił. Jedna z moich kuzynek nie przyjechała obrażona, bo zgodnie z przyjętą przez nas zasadą osoby poniżej 18 roku życia dostawały zaproszenie tylko dla siebie, bez osób towarzyszących [oczywiście, gdyby zadzwoniła jak dorosła osoba, za którą się miała to by dostała zaproszenie dla dwóch osób – zwyczajnie nie mieliśmy pojęcia, że jest w związku, bo taki kontakt utrzymywałyśmy bliski]. Moja rodzona mama czuła się zobligowana urządzić przyjęcie urodzinowe, ponieważ została zaproszona do teściów. Nie muszę wspominać, że oni lubili takie nasiadówki, a u nas absolutnie nie były one w zwyczaju? Kilkakrotnie zdarzyło mi się komuś pomagać przy porządkach, na przykład przy przeprowadzce, i pakować rzeczy, które osobie nie były potrzebne, nie podobały się, a brała je, bo dostała w prezencie i nie wypada się pozbywać.

    Skąd to się wzięło? Przecież nie ma to żadnego sensu.

    Chcesz pomagać? Pomagaj dlatego, że chcesz, nie dlatego, że oczekujesz wdzięczności. Chcesz dawać prezenty? Podobnie. Nie oczekuj niczego, a dawaj, pomagaj z potrzeby własnej pozostawiając prawo do autentycznej reakcji osobie obdarowanej. Na pewno tobie też byłoby łatwiej, gdyby za każdym dobrym odruchem w twoją stronę nie stały oczekiwania, które psują smak prezentu. Sama, w swoim otoczeniu, od lat walczę z przekonaniem że trzeba, czy wypada. Pamiętam ile czasu przekonywałam tatę, że książka, którą chcę kupiona w komisie, będzie o niebo lepszym prezentem niż niepotrzebny nowy bibelot. Ile razy wyjaśniałam, że zapytanie o to, co kto chce na prezent nie jest w złym guście i lepiej jest kupić coś co się spodoba niż kolejny śmieć. Że nie oczekuję niczego w zamian za dany prezent, czy przysługę i nikt mi się nie musi za nic odwdzięczać, bo tak wypada. Ile razy tłumaczyłam, że fakt sprzedania otrzymanego prezentu nie świadczy o tym, że nie doceniam gestu, czy osoby, a jedynie o tym, że danej rzeczy zwyczajnie nie potrzebuję. 

    Niestety to nadal „work in progress” – nie tylko jeśli chodzi o otoczenie, ale także o mnie. Czasami sama, wychowana w kulturze wdzięczności i odwdzięczania się, potykam się i uginam. Zdaje się, że do tej pory leży u mojej siostry prezent dla jej teścia, który miał z nami spędzić święta i dla którego – człowieka, którego spotkałam dwa razy w życiu, kupiłam upominek pod choinkę. Niemniej jednak widzę, że w młodszych pokoleniach odchodzi się od takiego podejścia, że trzeba, że się powinno i dobrze. Mam nadzieję, że odejdzie się całkiem.

    Nie wiem na ile ten post jest składny. Na pewno nie jest pisany pod SEO bo Yoast jest ze mnie bardzo niezadowolony, ale chciałam to napisać i jeśli macie ochotę podyskutować na ten temat, albo chociaż przybić piątkę to zapraszam do komentarzy 🙂

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Green Velo i Kraina Otwartych Okiennic

    Czwartego dnia naszej wyprawy startowałyśmy z Gródka, odwiedziłyśmy Krainę Otwartych Okiennic i skończyłyśmy dzień w Narwi. Czyli znów uciekłyśmy ze szlaku Green Velo skuszone licznymi zachwytami nad Krainą. Szczerze? Mogłyśmy sobie darować.

    GRÓDEK

    Gródek to miejscowość, która w XV wieku stała się siedzibą magnackiego prawosławnego rodu Chodkiewiczów. Aleksander Chodkiewicz zbudował zamek, oraz założył monastyr, do którego sprowadził mnichów z góry Atos [wg. innej wersji z Kijowsko-Pieczerskiej Ławry]. To właśnie ci mnisi, podążając za spławionym rzeką krzyżem osiedlili się w przyszłym Supraślu.

    Na uwagę w Gródku zasługuje cerkiew p.w. Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Jest to cerkiew współczesna – kamień węgielny pod jej budowę położono 21 grudnia 1946 roku.

    KRAINA OTWARTYCH OKIENNIC

    Kraina Otwartych Okiennic to określenie obejmujące trzy wsie – Soce, Puchły i Trześciankę. Wg legendy spotkać tu można niespotykanie ozdobne okiennice domów. Wg legendy. Moim zdaniem równie atrakcyjne, a nawet ładniejsze znajdują się choćby w Białowieży.

    Pierwsza na naszej drodze była Trześcianka. Dotarłyśmy do niech piachami w upale więc marzyłyśmy o jakiejś ochłodzie. Wieś, rzekomo turystyczna, miała do zaoferowania jedynie zimne piwko wypite pod sklepem. Pani ekspedientka była bardzo miła, więc podpytałyśmy o pozostałe wsie i po rozmowie z nią zrezygnowałyśmy z wizyty w Soce. W Trześciance zrobiłam kilka zdjęć tych unikatowych zdobionych domów.

    Cerkiew św. Michała Archanioła w Trześciance z końca XIX wieku.

    Puchły najmniejsza wieś Krainy zamieszkała jest przez kilkadziesiąt osób. Dojeżdżając do niej ma się wrażenie, że dojeżdża się na koniec świata. Po kocich łbach docieramy do pięknej, niebieskiej cerkwi p.w. Opieki Matki Bożej. Z nazwą miejscowości związana jest legenda o schorowanym starcu ze spuchniętymi nogami, który siedział pod lipą rosnącą w miejscu, w którym dziś jest cerkiew. Pewnego razu, po modlitwie, zobaczył na drzewie wizerunek Matki Boskiej, a jego opuchlizna ustąpiła i był zdrowy. Miało to mieć miejsce w XVI wieku. Pierwsza wzmianka o cerkwi pochodzi z 1578 roku. Obecna cerkiew zbudowana została w latach 1913-1918.

    NAREW I NAREWKA

    Narew to miasteczko położone między dwoma parkami narodowymi – Białowieskim i Narwiańskim. Prawa miejskie otrzymała w 1529 roku, ale straciła w 1934. Wśród atrakcji Narwi znajduje się kościół parafialny p.w. Wniebowzięcia NMP i Św. Stanisława Biskupa Męczennika ufundowany przez króla Zygmunta Starego i jego małżonkę królową Bonę w 1528 roku [Narew była miastem królewskim]. W XVIII wieku świątynia podupadła na tyle, że konieczna była jej odbudowa.

    Kościół w Narwi

    Kolejną renowację musiano przeprowadzić po wojnie, w trakcie której kościół został podziurawiony kulami. Powstały wtedy polichromie. 

    Drugą wartą uwagi świątynią jest XIX – wieczna cerkiew pw. Podwyższenia Krzyża Świętego. Wnętrze cerkwi zostało całkowicie odrestaurowane po pożarze, który miał miejsce w 1990 roku.

    Cerkiew w Narwi

    Jednak największym, moim zdaniem, atutem Narwi jest okoliczna przyroda. Rozlewiska rzeki Narwi, lasy, łąki – potrafią wprowadzić w zachwyt. Zaliczyłyśmy nawet kąpiel w Narwi – która pomogła nam znieść upał tego dnia i dojechać do celu. A mama musiała zrobić przerwę, na przeczesanie okolicznych łąk.

    Tego dnia nocowałyśmy w Siemianówce, a następnego dnia spacerowym tempem ruszyłyśmy w stronę Białowieży, po drodze przejeżdżając przez Narewkę. Tam zobaczyłyśmy kolejną cerkiew – zadziwiająco normalną 🙂 oraz kościół z pomnikiem pamięci Inki, 18 letniej sanitariuszki rozstrzelanej przez komunistów w więzieniu w Gdańsku w 1946 roku. Inka uczęszczała do szkoły w Narewce.

    Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy w Narewce
    Wnętrze kościoła w Narewce

    Pozostałe wpisy z cyklu: Wstęp // Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski // Gródek, Kraina Otwartych Okiennic, Narew i Narewka // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Szlak Tatarski – Sokółka, Bohoniki, Kruszyniany rowerem

    Być na Podlasiu i nie zboczyć na Szlak Tatarski wydawało mi się bardzo złym pomysłem. Dlatego po noclegu w Supraślu ruszyłyśmy w stronę Sobótki, żeby następnie popedałować do Bohonik, Krynek, Kryszynian.

    Szlak Tatarski liczy sobie 57 kilometrów. Prowadzi od Sokółki poprzez Drahle, Bohoniki, Starą Kamionkę, Wierzchlesie, Talkowszczyznę, Nową Świdziałówkę, Nietupę i Kruszyniany. Na ziemiach tych Tatarzy osiedlili się w połowie XV wieku. W 1679 roku sejm w Barze nadał im ziemie w zamian za niewypłacony rząd. Mogli oni zachować swoją wiarę i budować meczety, ale żeniąc się musieli przyjąć polskie nazwiska.

    Zobacz dwa pierwsze wpisy z Green Velo: Wstęp oraz Białystok i Supraśl

    Droga do Sobótki dała nam trochę w kość. Najpierw błądziłyśmy bezdrożami, potem jechałyśmy drogą w stronę granicy. Non stop mijały nas TIRy, a dodatkowo droga prowadziła górkami. Moje przerzutki musiały się zrobić ciepłe z przepracowania. Nastawiło nas to deczko negatywnie do niczemu winnego miasteczka, którego i tak nie zamierzałyśmy przesadnie zwiedzać.

    SOKÓŁKA

    Historię osadnictwa tatarskiego można poznać w Muzeum Ziemi Sokólskiej. Mieści się tu także Punkt Informacji Turystycznej. My w muzeum nie byłyśmy. W Sokółce odwiedziłyśmy kościół p.w. św. Antoniego Padewskiego. Miejsce znane z cudu eucharystycznego, który miał miejsce w październiku 2008 roku. Podczas porannego nabożeństwa ksiądz upuścił opłatek, a następnie zgodnie z procedurą zalał go w naczyniu liturgicznym wodą celem jego rozpuszczenia. Jednak po upływie dwóch tygodni odkryto, że opłatek się nie rozpuścił, a na jego środku powstała krwista plamka, która zbadana okazała się fragmentem ludzkiego mięśnia sercowego w stanie agonalnym. 

    W mieście zjadłyśmy również pyszny obiad w Karczmie pod Sokołem. Za niewielką kwotę zjadłyśmy danie dnia – krupnik przypominający ambrozję i cudowne polędwiczki.

    BOHONIKI

    Kolejny punkt na trasie to były Bohoniki.

    Celem wizyty w Bohonikach był meczet. Opiekująca się nim pani Eugenia Radkiewicz zaczynała akurat przerwę, więc w krótkich żołnierskich słowach kazała nam iść oglądać mizar i wpaść na jedzonko, a potem przyjść do niej. Nie wyglądało na to, żebyśmy miały pole do dyskusji więc grzecznie spełniłyśmy polecenie. W domu pielgrzyma naprzeciwko meczetu wypiłyśmy po kompocie i zjadłyśmy na pół kawałek ciasta i pierekaczewnik z serem.

    Przewodniczka to urodzona gawędziarka, ale przy tym konkretna. Przekazała nam konieczną wiedzę, kilka osób opierniczyła za gadanie głupot. Było krótko, acz treściwie i przyjemnie. Przy wejściu do meczetu trzeba ściągnąć buty. Wnętrze, chociaż małe, podzielone jest na część męską i żeńską, ale podczas zwiedzania nie trzeba się dzielić 🙂 Na koniec przewodniczka zagoniła nas wszystkich po kolei do zdjęcia.

    Meczet w Bohonikach został zbudowany w drugiej połowie XIX wieku.

    KRYNKI

    Z Bohonik pojechałyśmy do Krynek. Tuż za Wierzchlesiem nagle urwał się asfalt. Zaczęłyśmy się śmiać, że lada chwila będziemy gotowe na kolejną wyprawę – rowerem wzdłuż wybrzeża plażą.

    Nazwa miasteczka – Krynki, pochodzi od krynic, źródeł dawniej tu bijących, z których woda miała cudownie uleczyć królową Jadwigę z dolegliwości żołądkowych. Jadwiga nie zamierzała wody z Krynek pić, ale poprosiła swojego męża, żeby przywiózł jej wody ze źródła na Litwie, znanego z leczniczych właściwości. Król, nie król – wiadomo jak to jest chłopa o coś poprosić. Jagiełło o prośbie zapomniał, wody z Litwy nie zabrał, za to na popasie w rejonie dzisiejszych Krynek kazał słudze nabrać wody z lokalnego źródła. Później ten sam sługa, za dobry wybór, ziemie te dostał w prezencie. Król wrócił do Krynek w 1434 roku. Tu odnowiona została jedność Litwy z Koroną przy dzbanie lokalnej wody 🙂

    W drugiej połowie XVIII wieku Krynki zyskały swój – unikatowy na skalę krajową – układ rynku. Od sześciobocznego placu, dziś parku, odchodzi promieniście dwanaście ulic. Jak w wielu miejscowościach tego rejonu jest to miasto wielokulturowe. A raczej było. Obok siebie mieszkali tu katolicy i prawosławni, Żydzi i Tatarzy.

    KRUSZYNIANY

    Z Krynek pojechałyśmy prosto do Kruszynian nie bawiąc się w trzymanie się szlaku w nadziei na spokojny dzień jazdy po asfalcie. I owszem do Kruszynian udało nam się dojechać, ale zaraz za nimi było bye bye asfalcie i witaj piaszczysta tarko. Cywilizowana droga wróciła dopiero w Waliłach, w których wracałyśmy na Green Velo.

    Tak wyglądała jazda piaszczystą tarką. Wykańczała. Przez nią, zdecydowałyśmy się skończyć dzień w Gródku, chociaż stan liczników nie powalał [nocleg, jak się okazało, też]

    W Kruszynianach obejrzałyśmy z zewnątrz drugi z dwóch drewnianych meczetów Polski. Na zwiedzanie się nie zdecydowałyśmy – przewodniczka z Bohonik wyczerpała temat. Poza tym przed nami była duża wycieczka i nie chciało nam się czekać. 

    W Kruszynianach poza meczetem znajdziecie również mizar założony w XVIII wieku. Najstarszy nagrobek pochodzi z 1786 roku. Co roku odbywa się też tutaj Sabantuj – Festiwal Tradycji i Kultury Tatarów Polskich. W 2022, jeśli zostanie zniesiony stany wyjątkowy przy granicy [podejrzewam, że sytuacja na Ukrainie też będzie miała wpływ], Sabantuj planowany jest na 16 lipca. W programie warsztaty, kuchnia tatarska, rekonstrukcja bitwy pod Parkanami, pieczony baran, tatarskie gry i zabawy, występy.

    Kulturę tatarską poznać można lepiej w otwartym w 2015 roku  Centrum Edukacji i Kultury Muzułmańskiej Tatarów Polskich. Z miejscowością związana jest też Tatarska Jurta, prowadzona przez Dżannetę Bogdanowicz restauracja z agroturystyką. Jurta odbudowuje się po wielkim pożarze. Mi zdecydowanie Zajazd Na Końcu Świata przypadł bardziej do gustu.


    Tyle na temat Szlaku Tatarskiego, wracam na Green Velo. Zapraszam Was na pozostałe wpisy z wyprawy: Wstęp // Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski // Gródek, Kraina Otwartych Okiennic i Narew // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Green Velo – Białystok i Supraśl

    Naszą przygodę z Green Velo rozpoczęłyśmy w Białymstoku. Ilekroć słyszę tą nazwę w głowie odzywa mi się “a Białystok i tak wygra”. Kto jest na tyle wiekowy, żeby pamiętać pierwsze edycje polskiego You Can Dance, ten wie o co chodzi 🙂 Od lat, dzięki adwokaturze swoich młodych i zdolnych, miasto pracuje na opinię polskiej stolicy tańca, ale nie dlatego swoje pierwsze kroki skierowałyśmy w tą stronę. Główną przewagą, dla dwóch kobiet z rowerami i sakwami był fakt, że nie trzeba się było nigdzie przesiadać, żeby do niego dotrzeć. Białystok i Supraśl były dwoma pierwszymi miastami na naszej trasie po szlaku Green Velo.

    czytaj pierwszy wpis: Wstęp

    BIAŁYSTOK

    Białystok, miasto na Wysoczyźnie Białostockiej to doskonała baza wypadowa. Na północy i wschodzie od miasta znajdziecie Puszczę Knyszyńską, na zachód – Narwiański Park Narodowy. Takie położenie spowodowało włączenie miasta do międzynarodowego projektu Sieci Zdrowych Miast [?] realizowanego przez Światową Organizację Zdrowia. Miasto położone jest nad rzeką Białą i jej zawdzięcza swoją nazwę.

    Według legendy Białystok założył Giedymin – wielki książę litewski. Zabłądził on w puszczy, która znajdowała się na terenach, na których obecnie leży miasto i po nocy tam spędzonej obudził się w przepięknej dolinie potoku o krystalicznie czystej wodzie. Postanowił wybudować tam miasto. Pierwsza wzmianka o wsi Bielszczany Stok pochodzi z 1426 roku. W drugiej połowie wieku XVII w wianie Katarzyny Aleksandry, córki hetmana Czarnieckiego, Białystok wszedł w posiadanie Branickich, którym zawdzięcza swój rozwój. Lokacja miasta nastąpiła około 1665-1668 roku.

    Współczesny Białystok zawdzięcza swój wygląd pożarowi, który w 1753 strawił centrum miasta, co pozwoliło na nowo rozplanować układ ulic i zabudowy.

    Kolejny skok w rozwoju miasta nastąpił po powstaniu listopadowym, kiedy właściciele zakładów włókienniczych z Łodzi zaczęli przenosić swoje fabryki do miasta. Białystok stał się wtedy dużym ośrodkiem włókienniczym. Nazywany był w tym okresie podlaskim Manchesterem.

    W ostatnich latach Białystok pełni coraz ważniejszą rolę turystyczną – głównie dzięki swojemu położeniu i możliwości dojazdu koleją.

    Dworzec PKP, Białystok – początek podróży

    Na pierwszy ogień poszły zabytki sakralne Białegostoku, które w tym mieście są warte uwagi – zwłaszcza dla nieobytego jeszcze ze wschodem Polski oka. Cerkiew św. Ducha, monumentalny kościół św. Rocha, cerkiew Marii Magdaleny i cerkiew św. Mikołaja.

    Kościół p.w. św. Rocha i Chrystusa Króla to modernistyczny kościół z lat 1926-1947. Usytuowany na wzgórzu, śnieżnobiały, otoczony murem godnym zamku robi niesamowite wrażenie. Wybudowany został wg projektu Oskara Sosnowskiego na planie ośmioboku zbliżonego kształtem do gwiazdy. Wcześniej na wzgórzu znajdowała się kaplica św. Rocha zbudowana przez Jana Klemensa Branickiego w 1750 roku wraz z cmentarzem sprofanowanym przez Rosjan podczas powstania styczniowego.

    W pobliżu Opery i Filharmonii Podlaskiej, na wzgórzu znajduje się cerkiew św. Marii Magdaleny. Została ufundowana w 1758 przez Jana Klemensa Branickiego jako katolicka kaplica przydrożna położona, w tamtych czasach, poza obrębem miasta. Dziś, na skutek rozrostu Białegostoku, znalazła się w centrum miasta.

    Neoklasycystyczny sobór katedralny p.w. św. Mikołaja Cudotwórcy zbudowano w 1846 roku. Malowidła wzorowane na tych znajdujących się w soborze kijowskim powstały podczas drugiego remontu świątyni w 1910 roku. Autorem polichromii był Michał Awiłow.

    Świątynie Białegostoku doprowadziły nas do trójkątnego białostockiego rynku i naszego pierwszego podlaskiego obiadu.

    Północna pierzeja rynku – w tle zespół katedralny p.w. Wniebowzięcia NMP
    Ratusz, obecnie Muzeum Państwowe, powstał w latach 1745-1761. Został rozebrany w 1940 roku, a następnie zrekonstruowany w latach 1954-1958. Korpus budynku łączy się z czterema alkierzami. Nad całością wznosi się wieża zegarowa nakryta barokowym hełmem z latarnią i iglicą.
    Moja pierwsza w życiu babka ziemniaczana – i początek wielkiej do niej miłości – i pierwszy kwas chlebowy. Jak mogłam do tego czasu nie wiedzieć o ich istnieniu? I o tym, jak bardzo brakowało ich w moim życiu? 🙂

    Z rynku przejechałyśmy pod zespół katedralny p.w. Wniebowzięcia NMP. Pierwszą świątynią w tym miejscu jest późnorenesansowy kościół z lat 1617-1626. Ufundowany przez Wiesiołowskich, przebudowany przez Branickiego miał charakter obronny. To ta biała część na zdjęciu.

    Aby ominąć zakaz władz carskich zakazujących budowy nowych kościołów, do istniejącego budynku wykonano dobudówkę. Ta dobudówka to imponujący, zbudowany w latach 1900-1905 kościół katedralny.

    Ostatnim punktem w naszym planie był podlaski Wersal – imponujący pałac Branickich, który odzyskuje splendor i urodę po zniszczeniach i grabieżach wojen światowych.

    Pałac pochodzi z pierwsze połowy XVIII wieku. W skład zespołu wchodzi nie tylko budynek pałacu, ale również dwupoziomowy park z sadzawkami i rzeźbami, galerie, oficyny i pawilony. Główne wejście na teren pałacowy wiedzie przez bramę zwaną „Gryfem”. Z bramą znajduje się dziedziniec wstępny, na którym odbywały się ćwiczenia wojskowe. Dalej oddzielony ozdobnym murem dziedziniec honorowy, na którym toczyło się życie dworu. Obecny wygląd pałacu to efekt pracy wielu wspaniałych architektów.

    Budynek pałacu składa się z trójkondygnacyjnego korpusu głównego i dwóch skrzydeł. Bogato zdobiona fasada, arkady i ozdobny balkon, hełmy i attyki zasłużyły dla pałacu na miano polskiego Wersalu. We wnętrzach zachowało się jedynie wyposażenie pokoju chińskiego oraz kaplicy.

    SUPRAŚL

    Z Białegostoku udałyśmy się do Supraśla. Nie był to najprzyjemniejszy odcinek naszej trasy, a że był pierwszy – nastawił nas lekko pesymistycznie. Rozkopana droga, konieczność jazdy wśród samochodów na długich, ciasnych odcinkach ruchu wahadłowego – a wiadomo rower nie jedzie tak szybko jak auto. Z tego co mi się udało znaleźć w sieci obecnie ten odcinek jest już zrobiony. Zakończenie etapu w uroczym Supraślu trochę poprawiło nam humory, pomogła też kolejna porcja babki ziemniaczanej.

    Supraśl powstał około 1500 roku. Według legendy miejsce wybrała Boża Opatrzność, którą o przewodnictwo poprosili mnisi z Gródka puszczając z biegiem rzeki Supraśl drewniany krzyż z relikwiami. Miał się on zatrzymać w miejscu najbardziej odpowiednim na budowę klasztoru i padło na uroczysko Suchy Hrud. Przez wieki Supraśl był ośrodkiem religijnym, drukarskim, przemysłowym. Dziś, ze statusem uzdrowiska, skupia się na turystyce.

    Główną atrakcją i symbolem miasta jest klasztor prawosławny, którego zabudowania otaczają znajdującą się w centrum placu cerkiew. Z lotu ptaka zespół wygląda imponująco, ale i z ziemi jest co podziwiać.

    W mieście znajdują się dwa warte odwiedzenia muzea – Ikon, oraz Sztuki Drukarskiej i Papiernictwa. My niestety ich nie odwiedziłyśmy, ponieważ spędziłyśmy w Supraślu późny wieczór i noc, ale jeśli jeszcze kiedyś będę w okolicy, nie omieszkam nadrobić.

    Przemysłowy rozwój zawdzięcza Supraśl podatkowi nałożonemu przez władze carskie po upadku Powstania Listopadowego na towary z Królestwa Polskiego. Rody Zachertów i Buchholtzów postanowiły przenieść swoje biznesy poza granicę Królestwa i wybór padł na Supraśl. Wraz z fabrykami przenoszą się także pracownicy. Po nich do dziś w Supraślu pozostały zbudowane przez Zacherta domy, tzw. domy tkaczy stojące wzdłuż ulicy 3 Maja.

    Pamiątką po drugim rodzie jest znajdujący się w centrum miasteczka Pałac Buchholtzów. Jest to poniekąd pomnik miłości Adolfa Buchholtza Juniora do Adeli Marii, córki Karola Scheiblera, bogatego łódzkiego przemysłowca, który pilnował, żeby córka miała godne warunki po ślubie i wymagał ich zapewnienia od przyszłego zięcia.

    Obecnie w pałacu mieści się liceum plastyczne.

    Jednak to, co mnie urzekło najbardziej w Supraślu, to wieczór nad rzeką. Delikatna mgła, leniwy nurt, śpiew ptaków… Cudowne miejsce na odpoczynek i regenerację po ciężkim dniu.

    W Supraślu corocznie odbywają się Spotkania z Naturą i Sztuką Uroczysko. W ramach Spotkań z Naturą i Sztuką odbywają się: zajęcia warsztatowe, koncerty, wystawy, spektakle, spotkania autorskie, sesje przyrodnicze, rajdy i wycieczki przyrodniczo-turystyczne, spotkania z podróżnikami, pokazy filmów dokumentalnych i fabularnych, imprezy i festyny plenerowe, a wśród nich Festiwal Kuchni Regionalnych i Mistrzostwa Świata w Pieczeniu Babki i Kiszki Ziemniaczanej, a wszystko inspirowane przyrodą i kulturą pogranicza północno-wschodniej Polski. Jeżeli efekty pracy uczestników Mistrzostw są później przeznaczone do degustacji zdecydowanie warto uwzględnić Uroczysko w swoich rocznych planach.

    Z Supraśla skierowałyśmy się w stronę Sobótki – nasz pierwszy, z dwóch zaplanowanych, zjazd ze szlaku to Szlak Tatarski.


    Pozostałe artykuły z wyprawy szlakiem Green Velo: Wstęp // Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski // Gródek, Kraina Otwartych Okiennic i Narew // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Wschodni szlak rowerowy Green Velo

    Wschodni szlak rowerowy Green Velo… To był rok 2018 i do głowy wpadł mi szalony pomysł wybrania się w wakacje na szlak Green Velo. Miało być doskonale. Miałam wszystko zaplanować – kolejne odcinki, wszystko warte zobaczenia, noclegi. Treningi miały się zacząć od wczesnej wiosny, żeby formy starczyło. Ile z tego wyszło? Nie będę się wypowiadać, bo musiałabym użyć słów uznawanych za nieparlamentarne. Niemniej jednak, chociaż wiele mówiło, żeby wyjazd odłożyć w czasie, ruszyłyśmy w sierpniu w drogę. My, czyli ja i moja mama – adekwatnie ode mnie starsza, która zniosła ten wyjazd zdecydowanie lepiej niż ja.

    Początek naszego Green Velo
    Green Velo, dworzec w Białymstoku

    Powiecie – 2018 był dawno temu. Czasy pre-covid jawią się jako prehistoryczne. Czemu teraz dopiero piszę o tych wakacjach i o Green Velo? Cóż, miałam do szlaku [niesłusznie, bo powinnam mieć do siebie] pewien żal za to, jak wycieczka nam się skończyła, a raczej jak została przerwana, ponieważ nie ukończyliśmy zaplanowanej trasy. Od początku prawie dokuczały mi dłonie, co przerodziło się w poważny, do dziś nie rozwiązany problem, który zmusił mnie do narzucenia na rower pokrowca i zapomnienia o nim na kilka lat [dzisiaj już z pomocą fizjoterapii jestem w stanie robić krótkie trasy], a gdzieś za Puszczą Białowieską odmówiło mi współpracy kolano. I kolano to tylko moja wina – brak odpowiedniego treningu spowodował zaciągnięcie rzepki. Udało mi się co prawda znaleźć fizjoterapeutę, który poddał mnie torturom, zatape’ował i podpowiedział ćwiczenia, ale niestety nie pomogło. Zamiast w Chełmie skończyłyśmy w Terespolu. Teraz w końcu chcę Wam pokrótce przedstawić naszą trasę, ciekawe miejsca i moje wnioski dotyczące pierwszej i, mam nadzieję, nie jedynej w moim życiu wielodniowej wycieczki rowerowej.

    W tym poście znajdziecie garść informacji o Green Velo, informacje dotyczące spraw technicznych, wyposażenia. W kolejnych – opisy trasy i miejsc, które udało nam się odwiedzić, a powiem Wam, że wschód Polski urzekł nas obie jednako. Poza drogami, zachwyca tam wszystko.

    CZYM JEST WSCHODNI SZLAK ROWEROWY GREEN VELO?

    Wschodni szlak rowerowy Green Velo to ponad 2000 kilometrów tras rowerowych o różnym standardzie. Prowadzą przez pięć wschodnich województw Polski. Przebiega przez piękne i relatywnie mało znane większości rejony Polski. Krainy zróżnicowane kulturowo i ciekawe historycznie. Szlak jest dość dobrze oznakowany. Wybudowane zostały MORy – czyli miejsca obsługi rowerzystów, różniące się bardzo od siebie. Od miejsc z mapką i ławką, po MORy wyposażone w prysznice, czy miejsca na grilla. Nigdy nie wiadomo, na jaki trafimy następnym razem. Nie wiadomo też niestety, kiedy na MOR trafimy, chociaż strona szlaku podaje informację, że powinny się znajdować co maksymalnie 10 kilometrów.

    Green Velo MOR Werchlis
    MOR w miejscowości Werchliś, Green Velo

    Ułatwieniem dla turystów na szlaku jest niewątpliwie wyznaczenie tak zwanych MPRów, czyli miejsc przyjaznych rowerzystom. Są wśród nich serwisy i wypożyczalnie rowerowe, noclegi – które oznaczone są symbolami zgodnie z proponowanymi dla rowerzystów udogodnieniami [czy znajduje się na miejscu stojak, czy zamknięty garaż dla roweru, czy można rower naprawić lub wypożyczyć itp], czy atrakcje turystyczne. Wszystkie są zaznaczone w aplikacji Green Velo. Ich spis, z opisami, znajdziecie też na stronie szlaku.

    PRZEBIEG SZLAKU GREEN VELO

    Trasa szlaku Green Velo rozpoczyna się w województwie warmińsko-mazurskim, w Elblągu. W obrębie tego województwa znajduje się około 420 kilometrów szlaku. Następnie Green Velo prowadzi przez województwo podlaskie – ok. 592 kilometry, lubelskie – 351 kilometrów, podkarpackie – 428 kilometrów i świętokrzyskie – 190 kilometrów. 

    Z Elbląga szlak prowadzi na wschód. Przez Frombork, Lidzbark Warmiński, dociera do styku granic Polski, Litwy i Rosji, skąd rusza na południe. W Przemyślu szlak skręca na zachód, a następnie północ by przez Rzeszów, Tarnobrzeg i Kielce dotrzeć do Końskich – gdzie Green Velo ma swój koniec.

    NASZA WYCIECZKA WSCHODNIM SZLAKIEM ROWEROWYM GREEN VELO

    Nasze rowerowe wakacje na szlaku Green Velo miały zaczynać się w Białymstoku, a skończyć się w Lublinie. Ostatnim miejscem na szlaku miał być Chełm. Od niego miałyśmy odbić na Lublin, skąd można było się dość łatwo dostać na Śląsk. W planie miałyśmy dwie pętle dodatkowe – szlak tatarski oraz zobaczenie Krainy Otwartych Okiennic. Jak już wspomniałam planu nie udało nam się zrealizować. Chociaż planowałyśmy trasę pół roku, wzięłyśmy palnik – na wypadek gdyby nie było gdzie kupić herbaty, karimaty i śpiwory – gdyby nie było gdzie nocować, choć zabrałyśmy latarki, power banki, dwa zestawy dętek i innych arcyważnych rzeczy na każdą okoliczność, musiałyśmy się poddać. Nie było w sakwach zapasowej nogi.

    Siódmego dnia w moim kolanie zaczęły się dziać dziwne i niepokojące rzeczy. Wrażenie, jakby rzepka stukała o kość udową i dość spory ból, a w perspektywie zbliżenie się do wschodniej granicy i brak miast na szlaku skłoniły mnie do poszukania fizjoterapeuty. Jedyne miejsce, gdzie można było takowego znaleźć to były Siemiatycze. Pan fizjo ulitował się nade mną i przyjął mnie na CITO. Tyle bólu, ile on mi zadał, nie zadało mi kolano ani przed, ani po wizycie, ani nawet suma sumarum. Stwierdził, że trzeba dzień odpocząć. Dał ćwiczenia na poluzowanie rzepki – która podobno była zaciągnięta, przykleił rolkę taśmy i posłał mnie w świat z nadzieją, nie obietnicą, że może będzie dobrze. Nie było dobrze. Skończyłyśmy swoje wakacje przedwcześnie w Terespolu, czy raczej w Chotyłowie, bo z Terespola pociągiem wydostać się nie szło.

    Mimo wszystko udało nam się zobaczyć sporo pięknych miejsc. Oto przebieg naszej trasy:

    Białystok – Supraśl – Sokółka – Bohoniki – Wiechlesie – Talkowszczyzna – Krynki – Kruszyniany – Waliły – Gródek – Michałowo – Hieronimowo – Saki – Trześcianka – Puchły – Trześcianka – Narew – Eliaszuki – Siemianówka – Narewka – Janowo – Białowieża – Hajnówka – Istok – Dubicze Cerkiewne – Kleszczele – Dobrowoda – Czeremcha – Repczyce – Miedwieżyki – Rogacze – Milejczyce – Żerczyce – góra Grabarka – Siemiatycze – Mielnik – Zabuże – Gnojno – Stary Bubel – Janów Podlaski – Wierchliś – Zaczopki – Neple – Terespol

    CO ZABRAŁYŚMY ZE SOBĄ?

    Oba rowery miały po dwie duże sakwy oraz mniejsze torby na pierdoły. Mama miała plecak, który zapinała na bagażniku. Wszystko, co ze sobą zabrałyśmy spokojnie nam się zmieściło. Na różnych postojach mama zabierała plecak, ja małą sakwę montowaną na ramę, w których miałyśmy co cenniejsze rzeczy – telefony, aparat, dokumenty. Zostawianie całej reszty bez nadzoru, w tym zostawianie roweru, przyprawiało mnie o gęsią skórkę. Miałam co prawda dwa zapięcia, jedno którym mocowałam przednie koło do ramy i stojaka, drugi, którym mocowałam tylne koło do ramy i siodełka, ale nadal bałam się za każdym razem kiedy traciłam rower z oczu. Oczywiście nic się nie stało, nic nam nie zginęło i nikt nie próbował [wg naszej wiedzy] przy rowerach majstrować.

    Z ubrań zabrałam: kurtkę przeciwdeszczową, bluzę rozpinaną, koszulki x3, coś do spania, windstopper, skarpetki x3, bieliznę, czapkę z daszkiem, dwie pary spodenek, 2 pary getrów długich, dwie bluzy termiczne, sandały.

    Akcesoria rowerowe: rękawiczki, buty SPD, zapięcia, multitool rowerowy, licznik, oświetlenie, sakwy tylne, zestaw naprawczy do dętek plus łyżki do opon, zapasowa dętka, pompka, bidon.

    Kuchnia/apteczka: kosmetyki [mydło chlebowe, które robi za mydło i szampon, pasta i szczoteczka do zębów, szczotka, krem UV, zapasowe soczewki + płyn, chusteczki nawilżane], apteczka [bandaż, plastry, rutinoscorbin, maść przeciwzapalna, elektrolity, isotonic, magnez], ręcznik, okulary przeciwsłoneczne, herbata i kawa, cukier/sól/pieprz, termos i kubek termiczny, sztućce, nóż, posiłek liofilizowany [na wszelki wypadek], batony, garnuszek.

    Inne: zapałki, sznurek, trytytki, taśma izolacyjna, power bank, ładowarki [wiadomo], telefon, mapy [te które udało się zdobyć], aparat, palnik i butla gazowa mała, śpiwór, materac dmuchany, płachta przeciwdeszczowa.

    Czego zabrakło? Zdecydowanie smaru i tego urządzonka do smarowania łańcucha. Na piaszczystych drogach Podlasia łańcuch szybko wymiękł i trzeba było szukać pomocy. Pół trasy przeleciałam na oleju rzepakowym 🙂

    Płachta i palnik się nie przydały, ale podczas kolejnych wycieczek na pewno też je zabiorę, bo mogę nie mieć tyle szczęścia do pogody, co tym razem. Przydał się za to śpiwór i materac – podczas noclegu w szkole. Dętki były grzeczne więc nie trzeba było łatać na szczęście 🙂

    Power bank przydał się bardzo. Często musiałyśmy wspomagać się mapami google, telefon był też potrzebny do szukania noclegów, czy miejsca do zjedzenia obiadu, szukanie sieci też zżera baterie, więc już w połowie dnia telefon jechał na kablu.

    PODSUMOWANIE

    Suma sumarum udało nam się zrobić prawie 500 kilometrów. Może nie dużo, ale za to zwiedziłyśmy spory kawałek Polski i zobaczyłyśmy naprawdę dużo pięknych miejsc. Szczególne miejsce w naszych sercach zyskała podlaska przyroda.

    Tutaj mały postój – mama wpadła w łąkę zbierać zioła na herbatkę wieczorem.

    Noclegi udawało nam się załatwiać na bieżąco. Zazwyczaj w porze obiadowej wchodziłam w google i po określeniu mniej więcej ile jeszcze przejedziemy szukałam agroturystyk. Zazwyczaj znajdowałam nocleg w max trzy telefony. Nie zawsze się udało – raz nocowaliśmy w szkole. Cenowo wychodziło nie najgorzej, najdroższy nocleg kosztował nas koło 50złotych za osobę.

    W kość nam dały trochę podlaskie drogi, na których asfalt był rzadkim widokiem – nawet na drogach, które na mapach były zaznaczane jako asfaltowe.

    W drodze do Krainy Otwartych Okiennic

    Z nieznanych mi powodów piaskowe drogi często jeszcze były przeorane poprzecznymi bruzdami, które zamieniły tabletki Isostara w proszek. Wolałam nie zastanawiać się, co robią z moimi nerkami. Nawet miejscowi nie umieli mi wyjaśnić tej tajemnicy, zdradzali za to, że zawieszenia w samochodach wysiadają im na tym w kilka lat, więc auta stoją w garażach, a oni jeżdżą po okolicy rowerami. Polska B pełną gębą.

    Nic jednak – ani paskudne drogi, ani kontuzja, ani ból nie sprawiły, że żałowałam wyjazdu choćby przez minutę i mam twarde postanowienie zrobić resztę szlaku, jak będzie to możliwe.


    Kolejne wpisy: Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski – Sokółka, Bohoniki, Kruszyniany // Green Velo i Kraina Otwartych Okiennic // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Green Velo – Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin