• Lifestyle

    Bądź wdzięczny

    W ostatnim czasie rozpętało się już kilka „gównoburz” skoncentrowanych wokół wojny na Ukrainie i tematu uchodźców w Polsce. Nie będę się na ten temat wypowiadać, ani spowiadać z tego co sama robię. Tym bardziej nie będę komentować tego jak i czy pomagają inni – chociaż jest spore grono osób, które przyznają sobie do takich komentarzy prawo [nie mają go – żeby było jasne]. Nie chcę też odnosić się stricte do samej sytuacji uchodźców, ale do tematu wdzięczności. 

    Wdzięczność. Nie wiem, czy to typowo polskie, czy może ogólnoludzkie, ale czy zauważyliście w naszym społeczeństwie przykaz bycia wdzięcznym? Głupie pytanie – na pewno zauważyliście. Co najwyżej możecie się różnić podejściem do niego. Być nakazu wyznawcami i apostołami, lub osobami, które walczą o prawo do samodecydowania i z nakazem się nie zgadzają. 

    Znacie to? Musicie zaprosić na wesele dawno nie widzianą ciotkę, z którą nawet nie rozmawiacie, bo ona zaprosiła kiedyś na wesele waszych rodziców. Nie wolno wyrzucić, ani sprzedać prezentu, nawet jeśli jest wam absolutnie nie potrzebny. Ba, nawet jeśli o niego nie prosiliście oczekuje się, że będziecie wdzięczni, że będzie się wam podobać i że odwdzięczycie się tym samym. Zostaliście zaproszeni na urodziny, więc nawet jeśli normalnie urodzin nie obchodzicie, to musicie je zrobić tylko po to, żeby odwdzięczyć się zaproszeniem. Ktoś coś dla ciebie zrobił, wyświadczył ci przysługę – nie ważne czy tego chciałeś, potrzebowałeś, prosiłeś o to  – bądź wdzięczny. Nawet jak ci to utrudnia życie, czy coś komplikuje – bądź wdzięczny. Bo tak należy. Przykłady można mnożyć. 

    Wiem, że młodsze pokolenie może się teraz zastanawiać, o czym piszę i pukać w czoło i będą mieć rację. Niestety pokolenie osób mi bliskich wiekiem, oraz naszych rodziców i dziadków żyje właśnie w takiej rzeczywistości. Na moim weselu były osoby, których nie znałam, z którymi ani ja, ani mój mąż nie utrzymywaliśmy kontaktu, bo ktoś kiedyś teściów gdzieś zaprosił. Jedna z moich kuzynek nie przyjechała obrażona, bo zgodnie z przyjętą przez nas zasadą osoby poniżej 18 roku życia dostawały zaproszenie tylko dla siebie, bez osób towarzyszących [oczywiście, gdyby zadzwoniła jak dorosła osoba, za którą się miała to by dostała zaproszenie dla dwóch osób – zwyczajnie nie mieliśmy pojęcia, że jest w związku, bo taki kontakt utrzymywałyśmy bliski]. Moja rodzona mama czuła się zobligowana urządzić przyjęcie urodzinowe, ponieważ została zaproszona do teściów. Nie muszę wspominać, że oni lubili takie nasiadówki, a u nas absolutnie nie były one w zwyczaju? Kilkakrotnie zdarzyło mi się komuś pomagać przy porządkach, na przykład przy przeprowadzce, i pakować rzeczy, które osobie nie były potrzebne, nie podobały się, a brała je, bo dostała w prezencie i nie wypada się pozbywać.

    Skąd to się wzięło? Przecież nie ma to żadnego sensu.

    Chcesz pomagać? Pomagaj dlatego, że chcesz, nie dlatego, że oczekujesz wdzięczności. Chcesz dawać prezenty? Podobnie. Nie oczekuj niczego, a dawaj, pomagaj z potrzeby własnej pozostawiając prawo do autentycznej reakcji osobie obdarowanej. Na pewno tobie też byłoby łatwiej, gdyby za każdym dobrym odruchem w twoją stronę nie stały oczekiwania, które psują smak prezentu. Sama, w swoim otoczeniu, od lat walczę z przekonaniem że trzeba, czy wypada. Pamiętam ile czasu przekonywałam tatę, że książka, którą chcę kupiona w komisie, będzie o niebo lepszym prezentem niż niepotrzebny nowy bibelot. Ile razy wyjaśniałam, że zapytanie o to, co kto chce na prezent nie jest w złym guście i lepiej jest kupić coś co się spodoba niż kolejny śmieć. Że nie oczekuję niczego w zamian za dany prezent, czy przysługę i nikt mi się nie musi za nic odwdzięczać, bo tak wypada. Ile razy tłumaczyłam, że fakt sprzedania otrzymanego prezentu nie świadczy o tym, że nie doceniam gestu, czy osoby, a jedynie o tym, że danej rzeczy zwyczajnie nie potrzebuję. 

    Niestety to nadal „work in progress” – nie tylko jeśli chodzi o otoczenie, ale także o mnie. Czasami sama, wychowana w kulturze wdzięczności i odwdzięczania się, potykam się i uginam. Zdaje się, że do tej pory leży u mojej siostry prezent dla jej teścia, który miał z nami spędzić święta i dla którego – człowieka, którego spotkałam dwa razy w życiu, kupiłam upominek pod choinkę. Niemniej jednak widzę, że w młodszych pokoleniach odchodzi się od takiego podejścia, że trzeba, że się powinno i dobrze. Mam nadzieję, że odejdzie się całkiem.

    Nie wiem na ile ten post jest składny. Na pewno nie jest pisany pod SEO bo Yoast jest ze mnie bardzo niezadowolony, ale chciałam to napisać i jeśli macie ochotę podyskutować na ten temat, albo chociaż przybić piątkę to zapraszam do komentarzy 🙂

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Green Velo i Kraina Otwartych Okiennic

    Czwartego dnia naszej wyprawy startowałyśmy z Gródka, odwiedziłyśmy Krainę Otwartych Okiennic i skończyłyśmy dzień w Narwi. Czyli znów uciekłyśmy ze szlaku Green Velo skuszone licznymi zachwytami nad Krainą. Szczerze? Mogłyśmy sobie darować.

    GRÓDEK

    Gródek to miejscowość, która w XV wieku stała się siedzibą magnackiego prawosławnego rodu Chodkiewiczów. Aleksander Chodkiewicz zbudował zamek, oraz założył monastyr, do którego sprowadził mnichów z góry Atos [wg. innej wersji z Kijowsko-Pieczerskiej Ławry]. To właśnie ci mnisi, podążając za spławionym rzeką krzyżem osiedlili się w przyszłym Supraślu.

    Na uwagę w Gródku zasługuje cerkiew p.w. Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Jest to cerkiew współczesna – kamień węgielny pod jej budowę położono 21 grudnia 1946 roku.

    KRAINA OTWARTYCH OKIENNIC

    Kraina Otwartych Okiennic to określenie obejmujące trzy wsie – Soce, Puchły i Trześciankę. Wg legendy spotkać tu można niespotykanie ozdobne okiennice domów. Wg legendy. Moim zdaniem równie atrakcyjne, a nawet ładniejsze znajdują się choćby w Białowieży.

    Pierwsza na naszej drodze była Trześcianka. Dotarłyśmy do niech piachami w upale więc marzyłyśmy o jakiejś ochłodzie. Wieś, rzekomo turystyczna, miała do zaoferowania jedynie zimne piwko wypite pod sklepem. Pani ekspedientka była bardzo miła, więc podpytałyśmy o pozostałe wsie i po rozmowie z nią zrezygnowałyśmy z wizyty w Soce. W Trześciance zrobiłam kilka zdjęć tych unikatowych zdobionych domów.

    Cerkiew św. Michała Archanioła w Trześciance z końca XIX wieku.

    Puchły najmniejsza wieś Krainy zamieszkała jest przez kilkadziesiąt osób. Dojeżdżając do niej ma się wrażenie, że dojeżdża się na koniec świata. Po kocich łbach docieramy do pięknej, niebieskiej cerkwi p.w. Opieki Matki Bożej. Z nazwą miejscowości związana jest legenda o schorowanym starcu ze spuchniętymi nogami, który siedział pod lipą rosnącą w miejscu, w którym dziś jest cerkiew. Pewnego razu, po modlitwie, zobaczył na drzewie wizerunek Matki Boskiej, a jego opuchlizna ustąpiła i był zdrowy. Miało to mieć miejsce w XVI wieku. Pierwsza wzmianka o cerkwi pochodzi z 1578 roku. Obecna cerkiew zbudowana została w latach 1913-1918.

    NAREW I NAREWKA

    Narew to miasteczko położone między dwoma parkami narodowymi – Białowieskim i Narwiańskim. Prawa miejskie otrzymała w 1529 roku, ale straciła w 1934. Wśród atrakcji Narwi znajduje się kościół parafialny p.w. Wniebowzięcia NMP i Św. Stanisława Biskupa Męczennika ufundowany przez króla Zygmunta Starego i jego małżonkę królową Bonę w 1528 roku [Narew była miastem królewskim]. W XVIII wieku świątynia podupadła na tyle, że konieczna była jej odbudowa.

    Kościół w Narwi

    Kolejną renowację musiano przeprowadzić po wojnie, w trakcie której kościół został podziurawiony kulami. Powstały wtedy polichromie. 

    Drugą wartą uwagi świątynią jest XIX – wieczna cerkiew pw. Podwyższenia Krzyża Świętego. Wnętrze cerkwi zostało całkowicie odrestaurowane po pożarze, który miał miejsce w 1990 roku.

    Cerkiew w Narwi

    Jednak największym, moim zdaniem, atutem Narwi jest okoliczna przyroda. Rozlewiska rzeki Narwi, lasy, łąki – potrafią wprowadzić w zachwyt. Zaliczyłyśmy nawet kąpiel w Narwi – która pomogła nam znieść upał tego dnia i dojechać do celu. A mama musiała zrobić przerwę, na przeczesanie okolicznych łąk.

    Tego dnia nocowałyśmy w Siemianówce, a następnego dnia spacerowym tempem ruszyłyśmy w stronę Białowieży, po drodze przejeżdżając przez Narewkę. Tam zobaczyłyśmy kolejną cerkiew – zadziwiająco normalną 🙂 oraz kościół z pomnikiem pamięci Inki, 18 letniej sanitariuszki rozstrzelanej przez komunistów w więzieniu w Gdańsku w 1946 roku. Inka uczęszczała do szkoły w Narewce.

    Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy w Narewce
    Wnętrze kościoła w Narewce

    Pozostałe wpisy z cyklu: Wstęp // Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski // Gródek, Kraina Otwartych Okiennic, Narew i Narewka // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Szlak Tatarski – Sokółka, Bohoniki, Kruszyniany rowerem

    Być na Podlasiu i nie zboczyć na Szlak Tatarski wydawało mi się bardzo złym pomysłem. Dlatego po noclegu w Supraślu ruszyłyśmy w stronę Sobótki, żeby następnie popedałować do Bohonik, Krynek, Kryszynian.

    Szlak Tatarski liczy sobie 57 kilometrów. Prowadzi od Sokółki poprzez Drahle, Bohoniki, Starą Kamionkę, Wierzchlesie, Talkowszczyznę, Nową Świdziałówkę, Nietupę i Kruszyniany. Na ziemiach tych Tatarzy osiedlili się w połowie XV wieku. W 1679 roku sejm w Barze nadał im ziemie w zamian za niewypłacony rząd. Mogli oni zachować swoją wiarę i budować meczety, ale żeniąc się musieli przyjąć polskie nazwiska.

    Zobacz dwa pierwsze wpisy z Green Velo: Wstęp oraz Białystok i Supraśl

    Droga do Sobótki dała nam trochę w kość. Najpierw błądziłyśmy bezdrożami, potem jechałyśmy drogą w stronę granicy. Non stop mijały nas TIRy, a dodatkowo droga prowadziła górkami. Moje przerzutki musiały się zrobić ciepłe z przepracowania. Nastawiło nas to deczko negatywnie do niczemu winnego miasteczka, którego i tak nie zamierzałyśmy przesadnie zwiedzać.

    SOKÓŁKA

    Historię osadnictwa tatarskiego można poznać w Muzeum Ziemi Sokólskiej. Mieści się tu także Punkt Informacji Turystycznej. My w muzeum nie byłyśmy. W Sokółce odwiedziłyśmy kościół p.w. św. Antoniego Padewskiego. Miejsce znane z cudu eucharystycznego, który miał miejsce w październiku 2008 roku. Podczas porannego nabożeństwa ksiądz upuścił opłatek, a następnie zgodnie z procedurą zalał go w naczyniu liturgicznym wodą celem jego rozpuszczenia. Jednak po upływie dwóch tygodni odkryto, że opłatek się nie rozpuścił, a na jego środku powstała krwista plamka, która zbadana okazała się fragmentem ludzkiego mięśnia sercowego w stanie agonalnym. 

    W mieście zjadłyśmy również pyszny obiad w Karczmie pod Sokołem. Za niewielką kwotę zjadłyśmy danie dnia – krupnik przypominający ambrozję i cudowne polędwiczki.

    BOHONIKI

    Kolejny punkt na trasie to były Bohoniki.

    Celem wizyty w Bohonikach był meczet. Opiekująca się nim pani Eugenia Radkiewicz zaczynała akurat przerwę, więc w krótkich żołnierskich słowach kazała nam iść oglądać mizar i wpaść na jedzonko, a potem przyjść do niej. Nie wyglądało na to, żebyśmy miały pole do dyskusji więc grzecznie spełniłyśmy polecenie. W domu pielgrzyma naprzeciwko meczetu wypiłyśmy po kompocie i zjadłyśmy na pół kawałek ciasta i pierekaczewnik z serem.

    Przewodniczka to urodzona gawędziarka, ale przy tym konkretna. Przekazała nam konieczną wiedzę, kilka osób opierniczyła za gadanie głupot. Było krótko, acz treściwie i przyjemnie. Przy wejściu do meczetu trzeba ściągnąć buty. Wnętrze, chociaż małe, podzielone jest na część męską i żeńską, ale podczas zwiedzania nie trzeba się dzielić 🙂 Na koniec przewodniczka zagoniła nas wszystkich po kolei do zdjęcia.

    Meczet w Bohonikach został zbudowany w drugiej połowie XIX wieku.

    KRYNKI

    Z Bohonik pojechałyśmy do Krynek. Tuż za Wierzchlesiem nagle urwał się asfalt. Zaczęłyśmy się śmiać, że lada chwila będziemy gotowe na kolejną wyprawę – rowerem wzdłuż wybrzeża plażą.

    Nazwa miasteczka – Krynki, pochodzi od krynic, źródeł dawniej tu bijących, z których woda miała cudownie uleczyć królową Jadwigę z dolegliwości żołądkowych. Jadwiga nie zamierzała wody z Krynek pić, ale poprosiła swojego męża, żeby przywiózł jej wody ze źródła na Litwie, znanego z leczniczych właściwości. Król, nie król – wiadomo jak to jest chłopa o coś poprosić. Jagiełło o prośbie zapomniał, wody z Litwy nie zabrał, za to na popasie w rejonie dzisiejszych Krynek kazał słudze nabrać wody z lokalnego źródła. Później ten sam sługa, za dobry wybór, ziemie te dostał w prezencie. Król wrócił do Krynek w 1434 roku. Tu odnowiona została jedność Litwy z Koroną przy dzbanie lokalnej wody 🙂

    W drugiej połowie XVIII wieku Krynki zyskały swój – unikatowy na skalę krajową – układ rynku. Od sześciobocznego placu, dziś parku, odchodzi promieniście dwanaście ulic. Jak w wielu miejscowościach tego rejonu jest to miasto wielokulturowe. A raczej było. Obok siebie mieszkali tu katolicy i prawosławni, Żydzi i Tatarzy.

    KRUSZYNIANY

    Z Krynek pojechałyśmy prosto do Kruszynian nie bawiąc się w trzymanie się szlaku w nadziei na spokojny dzień jazdy po asfalcie. I owszem do Kruszynian udało nam się dojechać, ale zaraz za nimi było bye bye asfalcie i witaj piaszczysta tarko. Cywilizowana droga wróciła dopiero w Waliłach, w których wracałyśmy na Green Velo.

    Tak wyglądała jazda piaszczystą tarką. Wykańczała. Przez nią, zdecydowałyśmy się skończyć dzień w Gródku, chociaż stan liczników nie powalał [nocleg, jak się okazało, też]

    W Kruszynianach obejrzałyśmy z zewnątrz drugi z dwóch drewnianych meczetów Polski. Na zwiedzanie się nie zdecydowałyśmy – przewodniczka z Bohonik wyczerpała temat. Poza tym przed nami była duża wycieczka i nie chciało nam się czekać. 

    W Kruszynianach poza meczetem znajdziecie również mizar założony w XVIII wieku. Najstarszy nagrobek pochodzi z 1786 roku. Co roku odbywa się też tutaj Sabantuj – Festiwal Tradycji i Kultury Tatarów Polskich. W 2022, jeśli zostanie zniesiony stany wyjątkowy przy granicy [podejrzewam, że sytuacja na Ukrainie też będzie miała wpływ], Sabantuj planowany jest na 16 lipca. W programie warsztaty, kuchnia tatarska, rekonstrukcja bitwy pod Parkanami, pieczony baran, tatarskie gry i zabawy, występy.

    Kulturę tatarską poznać można lepiej w otwartym w 2015 roku  Centrum Edukacji i Kultury Muzułmańskiej Tatarów Polskich. Z miejscowością związana jest też Tatarska Jurta, prowadzona przez Dżannetę Bogdanowicz restauracja z agroturystyką. Jurta odbudowuje się po wielkim pożarze. Mi zdecydowanie Zajazd Na Końcu Świata przypadł bardziej do gustu.


    Tyle na temat Szlaku Tatarskiego, wracam na Green Velo. Zapraszam Was na pozostałe wpisy z wyprawy: Wstęp // Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski // Gródek, Kraina Otwartych Okiennic i Narew // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Green Velo – Białystok i Supraśl

    Naszą przygodę z Green Velo rozpoczęłyśmy w Białymstoku. Ilekroć słyszę tą nazwę w głowie odzywa mi się “a Białystok i tak wygra”. Kto jest na tyle wiekowy, żeby pamiętać pierwsze edycje polskiego You Can Dance, ten wie o co chodzi 🙂 Od lat, dzięki adwokaturze swoich młodych i zdolnych, miasto pracuje na opinię polskiej stolicy tańca, ale nie dlatego swoje pierwsze kroki skierowałyśmy w tą stronę. Główną przewagą, dla dwóch kobiet z rowerami i sakwami był fakt, że nie trzeba się było nigdzie przesiadać, żeby do niego dotrzeć. Białystok i Supraśl były dwoma pierwszymi miastami na naszej trasie po szlaku Green Velo.

    czytaj pierwszy wpis: Wstęp

    BIAŁYSTOK

    Białystok, miasto na Wysoczyźnie Białostockiej to doskonała baza wypadowa. Na północy i wschodzie od miasta znajdziecie Puszczę Knyszyńską, na zachód – Narwiański Park Narodowy. Takie położenie spowodowało włączenie miasta do międzynarodowego projektu Sieci Zdrowych Miast [?] realizowanego przez Światową Organizację Zdrowia. Miasto położone jest nad rzeką Białą i jej zawdzięcza swoją nazwę.

    Według legendy Białystok założył Giedymin – wielki książę litewski. Zabłądził on w puszczy, która znajdowała się na terenach, na których obecnie leży miasto i po nocy tam spędzonej obudził się w przepięknej dolinie potoku o krystalicznie czystej wodzie. Postanowił wybudować tam miasto. Pierwsza wzmianka o wsi Bielszczany Stok pochodzi z 1426 roku. W drugiej połowie wieku XVII w wianie Katarzyny Aleksandry, córki hetmana Czarnieckiego, Białystok wszedł w posiadanie Branickich, którym zawdzięcza swój rozwój. Lokacja miasta nastąpiła około 1665-1668 roku.

    Współczesny Białystok zawdzięcza swój wygląd pożarowi, który w 1753 strawił centrum miasta, co pozwoliło na nowo rozplanować układ ulic i zabudowy.

    Kolejny skok w rozwoju miasta nastąpił po powstaniu listopadowym, kiedy właściciele zakładów włókienniczych z Łodzi zaczęli przenosić swoje fabryki do miasta. Białystok stał się wtedy dużym ośrodkiem włókienniczym. Nazywany był w tym okresie podlaskim Manchesterem.

    W ostatnich latach Białystok pełni coraz ważniejszą rolę turystyczną – głównie dzięki swojemu położeniu i możliwości dojazdu koleją.

    Dworzec PKP, Białystok – początek podróży

    Na pierwszy ogień poszły zabytki sakralne Białegostoku, które w tym mieście są warte uwagi – zwłaszcza dla nieobytego jeszcze ze wschodem Polski oka. Cerkiew św. Ducha, monumentalny kościół św. Rocha, cerkiew Marii Magdaleny i cerkiew św. Mikołaja.

    Kościół p.w. św. Rocha i Chrystusa Króla to modernistyczny kościół z lat 1926-1947. Usytuowany na wzgórzu, śnieżnobiały, otoczony murem godnym zamku robi niesamowite wrażenie. Wybudowany został wg projektu Oskara Sosnowskiego na planie ośmioboku zbliżonego kształtem do gwiazdy. Wcześniej na wzgórzu znajdowała się kaplica św. Rocha zbudowana przez Jana Klemensa Branickiego w 1750 roku wraz z cmentarzem sprofanowanym przez Rosjan podczas powstania styczniowego.

    W pobliżu Opery i Filharmonii Podlaskiej, na wzgórzu znajduje się cerkiew św. Marii Magdaleny. Została ufundowana w 1758 przez Jana Klemensa Branickiego jako katolicka kaplica przydrożna położona, w tamtych czasach, poza obrębem miasta. Dziś, na skutek rozrostu Białegostoku, znalazła się w centrum miasta.

    Neoklasycystyczny sobór katedralny p.w. św. Mikołaja Cudotwórcy zbudowano w 1846 roku. Malowidła wzorowane na tych znajdujących się w soborze kijowskim powstały podczas drugiego remontu świątyni w 1910 roku. Autorem polichromii był Michał Awiłow.

    Świątynie Białegostoku doprowadziły nas do trójkątnego białostockiego rynku i naszego pierwszego podlaskiego obiadu.

    Północna pierzeja rynku – w tle zespół katedralny p.w. Wniebowzięcia NMP
    Ratusz, obecnie Muzeum Państwowe, powstał w latach 1745-1761. Został rozebrany w 1940 roku, a następnie zrekonstruowany w latach 1954-1958. Korpus budynku łączy się z czterema alkierzami. Nad całością wznosi się wieża zegarowa nakryta barokowym hełmem z latarnią i iglicą.
    Moja pierwsza w życiu babka ziemniaczana – i początek wielkiej do niej miłości – i pierwszy kwas chlebowy. Jak mogłam do tego czasu nie wiedzieć o ich istnieniu? I o tym, jak bardzo brakowało ich w moim życiu? 🙂

    Z rynku przejechałyśmy pod zespół katedralny p.w. Wniebowzięcia NMP. Pierwszą świątynią w tym miejscu jest późnorenesansowy kościół z lat 1617-1626. Ufundowany przez Wiesiołowskich, przebudowany przez Branickiego miał charakter obronny. To ta biała część na zdjęciu.

    Aby ominąć zakaz władz carskich zakazujących budowy nowych kościołów, do istniejącego budynku wykonano dobudówkę. Ta dobudówka to imponujący, zbudowany w latach 1900-1905 kościół katedralny.

    Ostatnim punktem w naszym planie był podlaski Wersal – imponujący pałac Branickich, który odzyskuje splendor i urodę po zniszczeniach i grabieżach wojen światowych.

    Pałac pochodzi z pierwsze połowy XVIII wieku. W skład zespołu wchodzi nie tylko budynek pałacu, ale również dwupoziomowy park z sadzawkami i rzeźbami, galerie, oficyny i pawilony. Główne wejście na teren pałacowy wiedzie przez bramę zwaną „Gryfem”. Z bramą znajduje się dziedziniec wstępny, na którym odbywały się ćwiczenia wojskowe. Dalej oddzielony ozdobnym murem dziedziniec honorowy, na którym toczyło się życie dworu. Obecny wygląd pałacu to efekt pracy wielu wspaniałych architektów.

    Budynek pałacu składa się z trójkondygnacyjnego korpusu głównego i dwóch skrzydeł. Bogato zdobiona fasada, arkady i ozdobny balkon, hełmy i attyki zasłużyły dla pałacu na miano polskiego Wersalu. We wnętrzach zachowało się jedynie wyposażenie pokoju chińskiego oraz kaplicy.

    SUPRAŚL

    Z Białegostoku udałyśmy się do Supraśla. Nie był to najprzyjemniejszy odcinek naszej trasy, a że był pierwszy – nastawił nas lekko pesymistycznie. Rozkopana droga, konieczność jazdy wśród samochodów na długich, ciasnych odcinkach ruchu wahadłowego – a wiadomo rower nie jedzie tak szybko jak auto. Z tego co mi się udało znaleźć w sieci obecnie ten odcinek jest już zrobiony. Zakończenie etapu w uroczym Supraślu trochę poprawiło nam humory, pomogła też kolejna porcja babki ziemniaczanej.

    Supraśl powstał około 1500 roku. Według legendy miejsce wybrała Boża Opatrzność, którą o przewodnictwo poprosili mnisi z Gródka puszczając z biegiem rzeki Supraśl drewniany krzyż z relikwiami. Miał się on zatrzymać w miejscu najbardziej odpowiednim na budowę klasztoru i padło na uroczysko Suchy Hrud. Przez wieki Supraśl był ośrodkiem religijnym, drukarskim, przemysłowym. Dziś, ze statusem uzdrowiska, skupia się na turystyce.

    Główną atrakcją i symbolem miasta jest klasztor prawosławny, którego zabudowania otaczają znajdującą się w centrum placu cerkiew. Z lotu ptaka zespół wygląda imponująco, ale i z ziemi jest co podziwiać.

    W mieście znajdują się dwa warte odwiedzenia muzea – Ikon, oraz Sztuki Drukarskiej i Papiernictwa. My niestety ich nie odwiedziłyśmy, ponieważ spędziłyśmy w Supraślu późny wieczór i noc, ale jeśli jeszcze kiedyś będę w okolicy, nie omieszkam nadrobić.

    Przemysłowy rozwój zawdzięcza Supraśl podatkowi nałożonemu przez władze carskie po upadku Powstania Listopadowego na towary z Królestwa Polskiego. Rody Zachertów i Buchholtzów postanowiły przenieść swoje biznesy poza granicę Królestwa i wybór padł na Supraśl. Wraz z fabrykami przenoszą się także pracownicy. Po nich do dziś w Supraślu pozostały zbudowane przez Zacherta domy, tzw. domy tkaczy stojące wzdłuż ulicy 3 Maja.

    Pamiątką po drugim rodzie jest znajdujący się w centrum miasteczka Pałac Buchholtzów. Jest to poniekąd pomnik miłości Adolfa Buchholtza Juniora do Adeli Marii, córki Karola Scheiblera, bogatego łódzkiego przemysłowca, który pilnował, żeby córka miała godne warunki po ślubie i wymagał ich zapewnienia od przyszłego zięcia.

    Obecnie w pałacu mieści się liceum plastyczne.

    Jednak to, co mnie urzekło najbardziej w Supraślu, to wieczór nad rzeką. Delikatna mgła, leniwy nurt, śpiew ptaków… Cudowne miejsce na odpoczynek i regenerację po ciężkim dniu.

    W Supraślu corocznie odbywają się Spotkania z Naturą i Sztuką Uroczysko. W ramach Spotkań z Naturą i Sztuką odbywają się: zajęcia warsztatowe, koncerty, wystawy, spektakle, spotkania autorskie, sesje przyrodnicze, rajdy i wycieczki przyrodniczo-turystyczne, spotkania z podróżnikami, pokazy filmów dokumentalnych i fabularnych, imprezy i festyny plenerowe, a wśród nich Festiwal Kuchni Regionalnych i Mistrzostwa Świata w Pieczeniu Babki i Kiszki Ziemniaczanej, a wszystko inspirowane przyrodą i kulturą pogranicza północno-wschodniej Polski. Jeżeli efekty pracy uczestników Mistrzostw są później przeznaczone do degustacji zdecydowanie warto uwzględnić Uroczysko w swoich rocznych planach.

    Z Supraśla skierowałyśmy się w stronę Sobótki – nasz pierwszy, z dwóch zaplanowanych, zjazd ze szlaku to Szlak Tatarski.


    Pozostałe artykuły z wyprawy szlakiem Green Velo: Wstęp // Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski // Gródek, Kraina Otwartych Okiennic i Narew // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Wschodni szlak rowerowy Green Velo

    Wschodni szlak rowerowy Green Velo… To był rok 2018 i do głowy wpadł mi szalony pomysł wybrania się w wakacje na szlak Green Velo. Miało być doskonale. Miałam wszystko zaplanować – kolejne odcinki, wszystko warte zobaczenia, noclegi. Treningi miały się zacząć od wczesnej wiosny, żeby formy starczyło. Ile z tego wyszło? Nie będę się wypowiadać, bo musiałabym użyć słów uznawanych za nieparlamentarne. Niemniej jednak, chociaż wiele mówiło, żeby wyjazd odłożyć w czasie, ruszyłyśmy w sierpniu w drogę. My, czyli ja i moja mama – adekwatnie ode mnie starsza, która zniosła ten wyjazd zdecydowanie lepiej niż ja.

    Początek naszego Green Velo
    Green Velo, dworzec w Białymstoku

    Powiecie – 2018 był dawno temu. Czasy pre-covid jawią się jako prehistoryczne. Czemu teraz dopiero piszę o tych wakacjach i o Green Velo? Cóż, miałam do szlaku [niesłusznie, bo powinnam mieć do siebie] pewien żal za to, jak wycieczka nam się skończyła, a raczej jak została przerwana, ponieważ nie ukończyliśmy zaplanowanej trasy. Od początku prawie dokuczały mi dłonie, co przerodziło się w poważny, do dziś nie rozwiązany problem, który zmusił mnie do narzucenia na rower pokrowca i zapomnienia o nim na kilka lat [dzisiaj już z pomocą fizjoterapii jestem w stanie robić krótkie trasy], a gdzieś za Puszczą Białowieską odmówiło mi współpracy kolano. I kolano to tylko moja wina – brak odpowiedniego treningu spowodował zaciągnięcie rzepki. Udało mi się co prawda znaleźć fizjoterapeutę, który poddał mnie torturom, zatape’ował i podpowiedział ćwiczenia, ale niestety nie pomogło. Zamiast w Chełmie skończyłyśmy w Terespolu. Teraz w końcu chcę Wam pokrótce przedstawić naszą trasę, ciekawe miejsca i moje wnioski dotyczące pierwszej i, mam nadzieję, nie jedynej w moim życiu wielodniowej wycieczki rowerowej.

    W tym poście znajdziecie garść informacji o Green Velo, informacje dotyczące spraw technicznych, wyposażenia. W kolejnych – opisy trasy i miejsc, które udało nam się odwiedzić, a powiem Wam, że wschód Polski urzekł nas obie jednako. Poza drogami, zachwyca tam wszystko.

    CZYM JEST WSCHODNI SZLAK ROWEROWY GREEN VELO?

    Wschodni szlak rowerowy Green Velo to ponad 2000 kilometrów tras rowerowych o różnym standardzie. Prowadzą przez pięć wschodnich województw Polski. Przebiega przez piękne i relatywnie mało znane większości rejony Polski. Krainy zróżnicowane kulturowo i ciekawe historycznie. Szlak jest dość dobrze oznakowany. Wybudowane zostały MORy – czyli miejsca obsługi rowerzystów, różniące się bardzo od siebie. Od miejsc z mapką i ławką, po MORy wyposażone w prysznice, czy miejsca na grilla. Nigdy nie wiadomo, na jaki trafimy następnym razem. Nie wiadomo też niestety, kiedy na MOR trafimy, chociaż strona szlaku podaje informację, że powinny się znajdować co maksymalnie 10 kilometrów.

    Green Velo MOR Werchlis
    MOR w miejscowości Werchliś, Green Velo

    Ułatwieniem dla turystów na szlaku jest niewątpliwie wyznaczenie tak zwanych MPRów, czyli miejsc przyjaznych rowerzystom. Są wśród nich serwisy i wypożyczalnie rowerowe, noclegi – które oznaczone są symbolami zgodnie z proponowanymi dla rowerzystów udogodnieniami [czy znajduje się na miejscu stojak, czy zamknięty garaż dla roweru, czy można rower naprawić lub wypożyczyć itp], czy atrakcje turystyczne. Wszystkie są zaznaczone w aplikacji Green Velo. Ich spis, z opisami, znajdziecie też na stronie szlaku.

    PRZEBIEG SZLAKU GREEN VELO

    Trasa szlaku Green Velo rozpoczyna się w województwie warmińsko-mazurskim, w Elblągu. W obrębie tego województwa znajduje się około 420 kilometrów szlaku. Następnie Green Velo prowadzi przez województwo podlaskie – ok. 592 kilometry, lubelskie – 351 kilometrów, podkarpackie – 428 kilometrów i świętokrzyskie – 190 kilometrów. 

    Z Elbląga szlak prowadzi na wschód. Przez Frombork, Lidzbark Warmiński, dociera do styku granic Polski, Litwy i Rosji, skąd rusza na południe. W Przemyślu szlak skręca na zachód, a następnie północ by przez Rzeszów, Tarnobrzeg i Kielce dotrzeć do Końskich – gdzie Green Velo ma swój koniec.

    NASZA WYCIECZKA WSCHODNIM SZLAKIEM ROWEROWYM GREEN VELO

    Nasze rowerowe wakacje na szlaku Green Velo miały zaczynać się w Białymstoku, a skończyć się w Lublinie. Ostatnim miejscem na szlaku miał być Chełm. Od niego miałyśmy odbić na Lublin, skąd można było się dość łatwo dostać na Śląsk. W planie miałyśmy dwie pętle dodatkowe – szlak tatarski oraz zobaczenie Krainy Otwartych Okiennic. Jak już wspomniałam planu nie udało nam się zrealizować. Chociaż planowałyśmy trasę pół roku, wzięłyśmy palnik – na wypadek gdyby nie było gdzie kupić herbaty, karimaty i śpiwory – gdyby nie było gdzie nocować, choć zabrałyśmy latarki, power banki, dwa zestawy dętek i innych arcyważnych rzeczy na każdą okoliczność, musiałyśmy się poddać. Nie było w sakwach zapasowej nogi.

    Siódmego dnia w moim kolanie zaczęły się dziać dziwne i niepokojące rzeczy. Wrażenie, jakby rzepka stukała o kość udową i dość spory ból, a w perspektywie zbliżenie się do wschodniej granicy i brak miast na szlaku skłoniły mnie do poszukania fizjoterapeuty. Jedyne miejsce, gdzie można było takowego znaleźć to były Siemiatycze. Pan fizjo ulitował się nade mną i przyjął mnie na CITO. Tyle bólu, ile on mi zadał, nie zadało mi kolano ani przed, ani po wizycie, ani nawet suma sumarum. Stwierdził, że trzeba dzień odpocząć. Dał ćwiczenia na poluzowanie rzepki – która podobno była zaciągnięta, przykleił rolkę taśmy i posłał mnie w świat z nadzieją, nie obietnicą, że może będzie dobrze. Nie było dobrze. Skończyłyśmy swoje wakacje przedwcześnie w Terespolu, czy raczej w Chotyłowie, bo z Terespola pociągiem wydostać się nie szło.

    Mimo wszystko udało nam się zobaczyć sporo pięknych miejsc. Oto przebieg naszej trasy:

    Białystok – Supraśl – Sokółka – Bohoniki – Wiechlesie – Talkowszczyzna – Krynki – Kruszyniany – Waliły – Gródek – Michałowo – Hieronimowo – Saki – Trześcianka – Puchły – Trześcianka – Narew – Eliaszuki – Siemianówka – Narewka – Janowo – Białowieża – Hajnówka – Istok – Dubicze Cerkiewne – Kleszczele – Dobrowoda – Czeremcha – Repczyce – Miedwieżyki – Rogacze – Milejczyce – Żerczyce – góra Grabarka – Siemiatycze – Mielnik – Zabuże – Gnojno – Stary Bubel – Janów Podlaski – Wierchliś – Zaczopki – Neple – Terespol

    CO ZABRAŁYŚMY ZE SOBĄ?

    Oba rowery miały po dwie duże sakwy oraz mniejsze torby na pierdoły. Mama miała plecak, który zapinała na bagażniku. Wszystko, co ze sobą zabrałyśmy spokojnie nam się zmieściło. Na różnych postojach mama zabierała plecak, ja małą sakwę montowaną na ramę, w których miałyśmy co cenniejsze rzeczy – telefony, aparat, dokumenty. Zostawianie całej reszty bez nadzoru, w tym zostawianie roweru, przyprawiało mnie o gęsią skórkę. Miałam co prawda dwa zapięcia, jedno którym mocowałam przednie koło do ramy i stojaka, drugi, którym mocowałam tylne koło do ramy i siodełka, ale nadal bałam się za każdym razem kiedy traciłam rower z oczu. Oczywiście nic się nie stało, nic nam nie zginęło i nikt nie próbował [wg naszej wiedzy] przy rowerach majstrować.

    Z ubrań zabrałam: kurtkę przeciwdeszczową, bluzę rozpinaną, koszulki x3, coś do spania, windstopper, skarpetki x3, bieliznę, czapkę z daszkiem, dwie pary spodenek, 2 pary getrów długich, dwie bluzy termiczne, sandały.

    Akcesoria rowerowe: rękawiczki, buty SPD, zapięcia, multitool rowerowy, licznik, oświetlenie, sakwy tylne, zestaw naprawczy do dętek plus łyżki do opon, zapasowa dętka, pompka, bidon.

    Kuchnia/apteczka: kosmetyki [mydło chlebowe, które robi za mydło i szampon, pasta i szczoteczka do zębów, szczotka, krem UV, zapasowe soczewki + płyn, chusteczki nawilżane], apteczka [bandaż, plastry, rutinoscorbin, maść przeciwzapalna, elektrolity, isotonic, magnez], ręcznik, okulary przeciwsłoneczne, herbata i kawa, cukier/sól/pieprz, termos i kubek termiczny, sztućce, nóż, posiłek liofilizowany [na wszelki wypadek], batony, garnuszek.

    Inne: zapałki, sznurek, trytytki, taśma izolacyjna, power bank, ładowarki [wiadomo], telefon, mapy [te które udało się zdobyć], aparat, palnik i butla gazowa mała, śpiwór, materac dmuchany, płachta przeciwdeszczowa.

    Czego zabrakło? Zdecydowanie smaru i tego urządzonka do smarowania łańcucha. Na piaszczystych drogach Podlasia łańcuch szybko wymiękł i trzeba było szukać pomocy. Pół trasy przeleciałam na oleju rzepakowym 🙂

    Płachta i palnik się nie przydały, ale podczas kolejnych wycieczek na pewno też je zabiorę, bo mogę nie mieć tyle szczęścia do pogody, co tym razem. Przydał się za to śpiwór i materac – podczas noclegu w szkole. Dętki były grzeczne więc nie trzeba było łatać na szczęście 🙂

    Power bank przydał się bardzo. Często musiałyśmy wspomagać się mapami google, telefon był też potrzebny do szukania noclegów, czy miejsca do zjedzenia obiadu, szukanie sieci też zżera baterie, więc już w połowie dnia telefon jechał na kablu.

    PODSUMOWANIE

    Suma sumarum udało nam się zrobić prawie 500 kilometrów. Może nie dużo, ale za to zwiedziłyśmy spory kawałek Polski i zobaczyłyśmy naprawdę dużo pięknych miejsc. Szczególne miejsce w naszych sercach zyskała podlaska przyroda.

    Tutaj mały postój – mama wpadła w łąkę zbierać zioła na herbatkę wieczorem.

    Noclegi udawało nam się załatwiać na bieżąco. Zazwyczaj w porze obiadowej wchodziłam w google i po określeniu mniej więcej ile jeszcze przejedziemy szukałam agroturystyk. Zazwyczaj znajdowałam nocleg w max trzy telefony. Nie zawsze się udało – raz nocowaliśmy w szkole. Cenowo wychodziło nie najgorzej, najdroższy nocleg kosztował nas koło 50złotych za osobę.

    W kość nam dały trochę podlaskie drogi, na których asfalt był rzadkim widokiem – nawet na drogach, które na mapach były zaznaczane jako asfaltowe.

    W drodze do Krainy Otwartych Okiennic

    Z nieznanych mi powodów piaskowe drogi często jeszcze były przeorane poprzecznymi bruzdami, które zamieniły tabletki Isostara w proszek. Wolałam nie zastanawiać się, co robią z moimi nerkami. Nawet miejscowi nie umieli mi wyjaśnić tej tajemnicy, zdradzali za to, że zawieszenia w samochodach wysiadają im na tym w kilka lat, więc auta stoją w garażach, a oni jeżdżą po okolicy rowerami. Polska B pełną gębą.

    Nic jednak – ani paskudne drogi, ani kontuzja, ani ból nie sprawiły, że żałowałam wyjazdu choćby przez minutę i mam twarde postanowienie zrobić resztę szlaku, jak będzie to możliwe.


    Kolejne wpisy: Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski – Sokółka, Bohoniki, Kruszyniany // Green Velo i Kraina Otwartych Okiennic // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Green Velo – Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin