Polska

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Białowieża i Białowieski Park Narodowy

    10 sierpnia, piątek – skierowałyśmy rowery w stronę Białowieży. Szlak oczywiście musiał stawać okoniem i okazał się zamknięty – nie wiem, czy powodem była przebudowa, czy trwające protesty w obronie korników, faktem jest, że trzeba było szukać trasy alternatywnej. Koniec języka za przewodnika i dostajemy wytyczne, których i tak nie udało nam się wypełnić. Jakieś kłody, pokrzywy, zmusiły nas do wcześniejszej ucieczki, ale ostatecznie wróciłyśmy na Green Velo tuż za blokadą kończącą zamknięty odcinek.

    białowieski park narodowy
    You shall not pass…

    DROGA PRZEZ PUSZCZĘ

    Jadąc przez puszczę miałyśmy widok z pierwszego rzędu na bardzo głośny wtedy temat kornika i wycinki chorych drzew. Całe połacie martwych świerków sprawiały straszne wrażenie. Trwał tak zwany spór o puszczę. Zarzucano leśnikom wycinkę na niespotkaną skalę, podczas gdy na miejscu, na żywo, okazywało się, że to jakaś sztucznie nakręcana afera potrzebna zapewne komuś do celów politycznych.

    Według danych Lasów Państwowych aktywność kornika zaczęła od 2013 roku drastycznie rosnąć, ale nie spowodowało to masowej wycinki. W 2016 roku wycięto 40 z prawie 500 tysięcy zaatakowanych drzew.

    Na trasie szlaku Green Velo znajduje się jedna z okolicznych atrakcji Szlak Dębów Królewskich. Postanowiłyśmy skorzystać i przejść się szlakiem liczącym jakieś 500 metrów, prowadzącym po kładce przez las. Znów spotkał nas zawód. Największe dęby można było spokojnie obejrzeć z drogi, te rosnące na trasie, czasem nawet ciężko było dojrzeć pośród drzew.

    Bilet wstępu na trasę kosztuje 7,00zł [ulgowy 5,00]

    Białowieski Park Narodowy Green Velo

    BIAŁOWIEŻA

    Białowieża okazała się uroczym miasteczkiem. Pełnym zieleni – leży w końcu w Puszczy Białowiejskie i na skraju Białowieskiego Parku Narodowego, z atrakcyjną architekturą.

    Głównymi atrakcjami są Białowieski Park Narodowy oraz Park Pałacowy.

    Puszcza Białowieska była przez wieki miejsce polowań lubianym przez możnowładców, dlatego już w XVI wieku istniał tu dwór. Najstarsza wzmianka o Białowieży pochodzi z kronik Jana Długosza, który opisywał polowania Jagiełły gromadzącego zapasy na wojnę z Krzyżakami. Na polowania przyjeżdżał tu Zygmunt August, Stefan Batory, Wazowie, August III Sas czy Poniatowski, ale pałacu z prawdziwego zdarzenia Białowieża doczekała się dopiero od cara Aleksandra III. Budowa rozpoczęła się w 1889 roku, a ukończony pałac musiał być piękny. Drewno do jego budowy było specjalnie preparowane, żeby nabrało ciemniejszej barwy, parkiety były ułożone na cienkiej warstwie piasku, żeby nie skrzypiały, wykończenia z zaczernianego żelaza i brązu, wypalane ornamenty… 

    Białowieża pałac

    Niestety pałac dotrwał jedynie do roku 1944. W pewną lipcową noc spłonął strawiony przez ogień zaprószony przez wojska węgierskie.

    Białowieża park brama
    Brama to jedyna zachowana część carskiego pałacu. Mieściła się w niej zbrojownia i wartownia, a dzisiaj znajdziecie tu galerię i sklepik.

    Pałac leżał na terenie parku, który zachował się do dzisiaj. Przy wejściu do niego wykopano dwa bliźniacze stawy – miały, z lotu ptaka, przypominać skrzydła orła z herbu Romanowów.

    Białowieża dworek gubernatora
    Dworek Gubernatora z 1845 roku znajdujący się w parku.

    W miasteczku zobaczyć można również cerkiew świętego Mikołaja z ikonostasem z chińskiej porcelany. Sprowadzony z Petersburga ikonostas jest obecnie jedynym takim w Polsce.

    Historia cerkwi w Białowieży to historia wielu nietrwałych, czy może niedbale budowanych budowli, które szybko popadały w stan, w którym trzeba je było rozbierać. Budowę cerkwi murowanej, obecnej, zaprojektowanej przez wileńskiego architekta Pimienowa, rozpoczęto wkrótce po rozpoczęciu prac budowalnych przy pałacu. Jeszcze przed jej ukończeniem, 20 sierpnia 1894 roku, zwizytował ją car Aleksander III, jej fundator. 22 stycznia 1895 r. (według starego stylu) nastąpiło wyświęcenie nowej świątyni. W historii budowy cerkwi znajdziemy śląski rys – cegły do jej budowy wyrabiał na miejscu sprowadzony z Górnego Śląska Juliusz Karol Miller.

    BIAŁOWIESKI PARK NARODOWY

    Teren Białowieskiego Parku Narodowego obejmuje Obręb Ochronny Rezerwat i Obręb Ochronny Ośrodka Hodowli Żubrów. W skład pierwszego wchodzą obszar podlegający ochronie ścisłej, ochronie czynnej, oraz ochronie krajobrazowej. Obręb Ochronny Rezerwat podzielony jest na Obwody Ochronne: Gruszki, Zamosze, Masiewo, Cupryki, Sierganowo, Dziedzinka. Druga to dwa rezerwaty hodowlane i Rezerwat Pokazowy Żubrów wraz z zapleczem oraz hodowla wolna mająca na celu restytucję żubra w polskiej części Puszczy Białowieskiej. Jest to drugi najstarszy park w Polsce.

    Obszar Ochrony Ścisłej został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Chroni on ostatni w Europie fragment lasu pierwotnego – zachowany w stanie naturalnym bór niżowy. W tej części parku zaniechano ingerencji człowieka – nie ścina się drzew, ani nie usuwa tych, które padną. Przyroda radzi sobie sama. Na teren rezerwatu ścisłego można wejść jedynie z certyfikowanym przewodnikiem, w małych grupach [do 10 osób].

    białowieski park narodowy rezerwat ścisły
    Wejście do rezerwatu ścisłego.

    Żeby zwiedzić rezerwat ścisły należy się zapisać na wycieczkę z przewodnikiem. Listę biur turystycznych, które to organizują, znajdziecie na stronie Parku, ale wystarczy przejść się w okolicę parku pałacowego, żeby znaleźć budkę, w której zapiszecie się na wycieczkę. My zapisałyśmy się na dzień kolejny, na rano, w sezonie turystycznym, więc zakładam, że nie będziecie mieć problemu ze znalezieniem terminu. Przewodniczka trochę opowiadała o parku, ale głównie skupiła się na tym, żebyśmy z wizyty coś wynieśli, więc uczyła nas jak rozpoznawać drzewa po ich korze. Nawet udało mi się coś zapamiętać 🙂

    Wycieczkę ledwo udało nam się dokończyć, a później nastąpiła powódź. Przez park pałacowy wracałam boso po kolana w wodzie. Resztę dnia musiałyśmy spędzić na kwaterze, która na szczęście miała zadaszony taras, więc nie siedziałyśmy zamknięte w pokoju. Towarzyszył nam lokalny trunek o nazwie Kornik.

    Bilet wejścia do rezerwatu kosztuje 8,00 PLN [ulgowy 4,00 – stan na 29.05.22 – aktualny cennik na stronie]

    ŻEBRA ŻUBRA I REZERWAT POKAZOWY

    Ścieżkę Żebra Żubra i rezerwat musiałyśmy, z powodu pogody, odłożyć i odwiedziliśmy je kolejnego dnia przed wyruszeniem w dalszą drogę.

    Kładka żebra żubra

    Kładka Żebra Żubra to ścieżka prowadząca przez podmokłe rejony puszczy. Wstęp jest bezpłatny, a trasa bardzo ładna. Przejście zajmuje około pół godziny. Jej położenie spokojnie znajdziecie w mapach Google. Wyremontowaną kładką można spokojnie przejść z rowerem. Trasa kończy się w okolicy Rezerwatu Pokazowego.

    Na terenie Rezerwatu Pokazowego Żubra, żyją nie tylko żubry. W warunkach zbliżonych do naturalnych żyją tu wszystkie występujące w puszczy ssaki kopytne i duże drapieżniki. Poza żubrami znajdziecie tu łosie, jelenie, sarny i dziki oraz wilki i rysie. Dodatkowo koniki i żubronia, krzyżówkę żubra z bydłem domowych. Na zwiedzenie rezerwatu nie potrzeba dużo czasu.


    Koniec dnia, w którym opuściłyśmy Białowieżę był początkiem końca naszej wyprawy. Tego dnia zaczęło mnie boleć kolano. Następnego dnia miałam nadzieję, że się rozjeździ, ale zamiast tego się zajechało. Musiałyśmy zjechać z trasy, żeby znaleźć fizjoterapeutę, ponieważ Google nie widziało żadnego na naszej dalszej trasie.

    Zapraszam na pierwszy wpis z wyprawy, w którym znajdziecie linki do wszystkich wpisów, lub kolejny etap naszej wyprawy – Green Velo – Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze.

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Green Velo i Kraina Otwartych Okiennic

    Czwartego dnia naszej wyprawy startowałyśmy z Gródka, odwiedziłyśmy Krainę Otwartych Okiennic i skończyłyśmy dzień w Narwi. Czyli znów uciekłyśmy ze szlaku Green Velo skuszone licznymi zachwytami nad Krainą. Szczerze? Mogłyśmy sobie darować.

    GRÓDEK

    Gródek to miejscowość, która w XV wieku stała się siedzibą magnackiego prawosławnego rodu Chodkiewiczów. Aleksander Chodkiewicz zbudował zamek, oraz założył monastyr, do którego sprowadził mnichów z góry Atos [wg. innej wersji z Kijowsko-Pieczerskiej Ławry]. To właśnie ci mnisi, podążając za spławionym rzeką krzyżem osiedlili się w przyszłym Supraślu.

    Na uwagę w Gródku zasługuje cerkiew p.w. Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Jest to cerkiew współczesna – kamień węgielny pod jej budowę położono 21 grudnia 1946 roku.

    KRAINA OTWARTYCH OKIENNIC

    Kraina Otwartych Okiennic to określenie obejmujące trzy wsie – Soce, Puchły i Trześciankę. Wg legendy spotkać tu można niespotykanie ozdobne okiennice domów. Wg legendy. Moim zdaniem równie atrakcyjne, a nawet ładniejsze znajdują się choćby w Białowieży.

    Pierwsza na naszej drodze była Trześcianka. Dotarłyśmy do niech piachami w upale więc marzyłyśmy o jakiejś ochłodzie. Wieś, rzekomo turystyczna, miała do zaoferowania jedynie zimne piwko wypite pod sklepem. Pani ekspedientka była bardzo miła, więc podpytałyśmy o pozostałe wsie i po rozmowie z nią zrezygnowałyśmy z wizyty w Soce. W Trześciance zrobiłam kilka zdjęć tych unikatowych zdobionych domów.

    Cerkiew św. Michała Archanioła w Trześciance z końca XIX wieku.

    Puchły najmniejsza wieś Krainy zamieszkała jest przez kilkadziesiąt osób. Dojeżdżając do niej ma się wrażenie, że dojeżdża się na koniec świata. Po kocich łbach docieramy do pięknej, niebieskiej cerkwi p.w. Opieki Matki Bożej. Z nazwą miejscowości związana jest legenda o schorowanym starcu ze spuchniętymi nogami, który siedział pod lipą rosnącą w miejscu, w którym dziś jest cerkiew. Pewnego razu, po modlitwie, zobaczył na drzewie wizerunek Matki Boskiej, a jego opuchlizna ustąpiła i był zdrowy. Miało to mieć miejsce w XVI wieku. Pierwsza wzmianka o cerkwi pochodzi z 1578 roku. Obecna cerkiew zbudowana została w latach 1913-1918.

    NAREW I NAREWKA

    Narew to miasteczko położone między dwoma parkami narodowymi – Białowieskim i Narwiańskim. Prawa miejskie otrzymała w 1529 roku, ale straciła w 1934. Wśród atrakcji Narwi znajduje się kościół parafialny p.w. Wniebowzięcia NMP i Św. Stanisława Biskupa Męczennika ufundowany przez króla Zygmunta Starego i jego małżonkę królową Bonę w 1528 roku [Narew była miastem królewskim]. W XVIII wieku świątynia podupadła na tyle, że konieczna była jej odbudowa.

    Kościół w Narwi

    Kolejną renowację musiano przeprowadzić po wojnie, w trakcie której kościół został podziurawiony kulami. Powstały wtedy polichromie. 

    Drugą wartą uwagi świątynią jest XIX – wieczna cerkiew pw. Podwyższenia Krzyża Świętego. Wnętrze cerkwi zostało całkowicie odrestaurowane po pożarze, który miał miejsce w 1990 roku.

    Cerkiew w Narwi

    Jednak największym, moim zdaniem, atutem Narwi jest okoliczna przyroda. Rozlewiska rzeki Narwi, lasy, łąki – potrafią wprowadzić w zachwyt. Zaliczyłyśmy nawet kąpiel w Narwi – która pomogła nam znieść upał tego dnia i dojechać do celu. A mama musiała zrobić przerwę, na przeczesanie okolicznych łąk.

    Tego dnia nocowałyśmy w Siemianówce, a następnego dnia spacerowym tempem ruszyłyśmy w stronę Białowieży, po drodze przejeżdżając przez Narewkę. Tam zobaczyłyśmy kolejną cerkiew – zadziwiająco normalną 🙂 oraz kościół z pomnikiem pamięci Inki, 18 letniej sanitariuszki rozstrzelanej przez komunistów w więzieniu w Gdańsku w 1946 roku. Inka uczęszczała do szkoły w Narewce.

    Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy w Narewce
    Wnętrze kościoła w Narewce

    Pozostałe wpisy z cyklu: Wstęp // Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski // Gródek, Kraina Otwartych Okiennic, Narew i Narewka // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Szlak Tatarski – Sokółka, Bohoniki, Kruszyniany rowerem

    Być na Podlasiu i nie zboczyć na Szlak Tatarski wydawało mi się bardzo złym pomysłem. Dlatego po noclegu w Supraślu ruszyłyśmy w stronę Sobótki, żeby następnie popedałować do Bohonik, Krynek, Kryszynian.

    Szlak Tatarski liczy sobie 57 kilometrów. Prowadzi od Sokółki poprzez Drahle, Bohoniki, Starą Kamionkę, Wierzchlesie, Talkowszczyznę, Nową Świdziałówkę, Nietupę i Kruszyniany. Na ziemiach tych Tatarzy osiedlili się w połowie XV wieku. W 1679 roku sejm w Barze nadał im ziemie w zamian za niewypłacony rząd. Mogli oni zachować swoją wiarę i budować meczety, ale żeniąc się musieli przyjąć polskie nazwiska.

    Zobacz dwa pierwsze wpisy z Green Velo: Wstęp oraz Białystok i Supraśl

    Droga do Sobótki dała nam trochę w kość. Najpierw błądziłyśmy bezdrożami, potem jechałyśmy drogą w stronę granicy. Non stop mijały nas TIRy, a dodatkowo droga prowadziła górkami. Moje przerzutki musiały się zrobić ciepłe z przepracowania. Nastawiło nas to deczko negatywnie do niczemu winnego miasteczka, którego i tak nie zamierzałyśmy przesadnie zwiedzać.

    SOKÓŁKA

    Historię osadnictwa tatarskiego można poznać w Muzeum Ziemi Sokólskiej. Mieści się tu także Punkt Informacji Turystycznej. My w muzeum nie byłyśmy. W Sokółce odwiedziłyśmy kościół p.w. św. Antoniego Padewskiego. Miejsce znane z cudu eucharystycznego, który miał miejsce w październiku 2008 roku. Podczas porannego nabożeństwa ksiądz upuścił opłatek, a następnie zgodnie z procedurą zalał go w naczyniu liturgicznym wodą celem jego rozpuszczenia. Jednak po upływie dwóch tygodni odkryto, że opłatek się nie rozpuścił, a na jego środku powstała krwista plamka, która zbadana okazała się fragmentem ludzkiego mięśnia sercowego w stanie agonalnym. 

    W mieście zjadłyśmy również pyszny obiad w Karczmie pod Sokołem. Za niewielką kwotę zjadłyśmy danie dnia – krupnik przypominający ambrozję i cudowne polędwiczki.

    BOHONIKI

    Kolejny punkt na trasie to były Bohoniki.

    Celem wizyty w Bohonikach był meczet. Opiekująca się nim pani Eugenia Radkiewicz zaczynała akurat przerwę, więc w krótkich żołnierskich słowach kazała nam iść oglądać mizar i wpaść na jedzonko, a potem przyjść do niej. Nie wyglądało na to, żebyśmy miały pole do dyskusji więc grzecznie spełniłyśmy polecenie. W domu pielgrzyma naprzeciwko meczetu wypiłyśmy po kompocie i zjadłyśmy na pół kawałek ciasta i pierekaczewnik z serem.

    Przewodniczka to urodzona gawędziarka, ale przy tym konkretna. Przekazała nam konieczną wiedzę, kilka osób opierniczyła za gadanie głupot. Było krótko, acz treściwie i przyjemnie. Przy wejściu do meczetu trzeba ściągnąć buty. Wnętrze, chociaż małe, podzielone jest na część męską i żeńską, ale podczas zwiedzania nie trzeba się dzielić 🙂 Na koniec przewodniczka zagoniła nas wszystkich po kolei do zdjęcia.

    Meczet w Bohonikach został zbudowany w drugiej połowie XIX wieku.

    KRYNKI

    Z Bohonik pojechałyśmy do Krynek. Tuż za Wierzchlesiem nagle urwał się asfalt. Zaczęłyśmy się śmiać, że lada chwila będziemy gotowe na kolejną wyprawę – rowerem wzdłuż wybrzeża plażą.

    Nazwa miasteczka – Krynki, pochodzi od krynic, źródeł dawniej tu bijących, z których woda miała cudownie uleczyć królową Jadwigę z dolegliwości żołądkowych. Jadwiga nie zamierzała wody z Krynek pić, ale poprosiła swojego męża, żeby przywiózł jej wody ze źródła na Litwie, znanego z leczniczych właściwości. Król, nie król – wiadomo jak to jest chłopa o coś poprosić. Jagiełło o prośbie zapomniał, wody z Litwy nie zabrał, za to na popasie w rejonie dzisiejszych Krynek kazał słudze nabrać wody z lokalnego źródła. Później ten sam sługa, za dobry wybór, ziemie te dostał w prezencie. Król wrócił do Krynek w 1434 roku. Tu odnowiona została jedność Litwy z Koroną przy dzbanie lokalnej wody 🙂

    W drugiej połowie XVIII wieku Krynki zyskały swój – unikatowy na skalę krajową – układ rynku. Od sześciobocznego placu, dziś parku, odchodzi promieniście dwanaście ulic. Jak w wielu miejscowościach tego rejonu jest to miasto wielokulturowe. A raczej było. Obok siebie mieszkali tu katolicy i prawosławni, Żydzi i Tatarzy.

    KRUSZYNIANY

    Z Krynek pojechałyśmy prosto do Kruszynian nie bawiąc się w trzymanie się szlaku w nadziei na spokojny dzień jazdy po asfalcie. I owszem do Kruszynian udało nam się dojechać, ale zaraz za nimi było bye bye asfalcie i witaj piaszczysta tarko. Cywilizowana droga wróciła dopiero w Waliłach, w których wracałyśmy na Green Velo.

    Tak wyglądała jazda piaszczystą tarką. Wykańczała. Przez nią, zdecydowałyśmy się skończyć dzień w Gródku, chociaż stan liczników nie powalał [nocleg, jak się okazało, też]

    W Kruszynianach obejrzałyśmy z zewnątrz drugi z dwóch drewnianych meczetów Polski. Na zwiedzanie się nie zdecydowałyśmy – przewodniczka z Bohonik wyczerpała temat. Poza tym przed nami była duża wycieczka i nie chciało nam się czekać. 

    W Kruszynianach poza meczetem znajdziecie również mizar założony w XVIII wieku. Najstarszy nagrobek pochodzi z 1786 roku. Co roku odbywa się też tutaj Sabantuj – Festiwal Tradycji i Kultury Tatarów Polskich. W 2022, jeśli zostanie zniesiony stany wyjątkowy przy granicy [podejrzewam, że sytuacja na Ukrainie też będzie miała wpływ], Sabantuj planowany jest na 16 lipca. W programie warsztaty, kuchnia tatarska, rekonstrukcja bitwy pod Parkanami, pieczony baran, tatarskie gry i zabawy, występy.

    Kulturę tatarską poznać można lepiej w otwartym w 2015 roku  Centrum Edukacji i Kultury Muzułmańskiej Tatarów Polskich. Z miejscowością związana jest też Tatarska Jurta, prowadzona przez Dżannetę Bogdanowicz restauracja z agroturystyką. Jurta odbudowuje się po wielkim pożarze. Mi zdecydowanie Zajazd Na Końcu Świata przypadł bardziej do gustu.


    Tyle na temat Szlaku Tatarskiego, wracam na Green Velo. Zapraszam Was na pozostałe wpisy z wyprawy: Wstęp // Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski // Gródek, Kraina Otwartych Okiennic i Narew // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Green Velo – Białystok i Supraśl

    Naszą przygodę z Green Velo rozpoczęłyśmy w Białymstoku. Ilekroć słyszę tą nazwę w głowie odzywa mi się “a Białystok i tak wygra”. Kto jest na tyle wiekowy, żeby pamiętać pierwsze edycje polskiego You Can Dance, ten wie o co chodzi 🙂 Od lat, dzięki adwokaturze swoich młodych i zdolnych, miasto pracuje na opinię polskiej stolicy tańca, ale nie dlatego swoje pierwsze kroki skierowałyśmy w tą stronę. Główną przewagą, dla dwóch kobiet z rowerami i sakwami był fakt, że nie trzeba się było nigdzie przesiadać, żeby do niego dotrzeć. Białystok i Supraśl były dwoma pierwszymi miastami na naszej trasie po szlaku Green Velo.

    czytaj pierwszy wpis: Wstęp

    BIAŁYSTOK

    Białystok, miasto na Wysoczyźnie Białostockiej to doskonała baza wypadowa. Na północy i wschodzie od miasta znajdziecie Puszczę Knyszyńską, na zachód – Narwiański Park Narodowy. Takie położenie spowodowało włączenie miasta do międzynarodowego projektu Sieci Zdrowych Miast [?] realizowanego przez Światową Organizację Zdrowia. Miasto położone jest nad rzeką Białą i jej zawdzięcza swoją nazwę.

    Według legendy Białystok założył Giedymin – wielki książę litewski. Zabłądził on w puszczy, która znajdowała się na terenach, na których obecnie leży miasto i po nocy tam spędzonej obudził się w przepięknej dolinie potoku o krystalicznie czystej wodzie. Postanowił wybudować tam miasto. Pierwsza wzmianka o wsi Bielszczany Stok pochodzi z 1426 roku. W drugiej połowie wieku XVII w wianie Katarzyny Aleksandry, córki hetmana Czarnieckiego, Białystok wszedł w posiadanie Branickich, którym zawdzięcza swój rozwój. Lokacja miasta nastąpiła około 1665-1668 roku.

    Współczesny Białystok zawdzięcza swój wygląd pożarowi, który w 1753 strawił centrum miasta, co pozwoliło na nowo rozplanować układ ulic i zabudowy.

    Kolejny skok w rozwoju miasta nastąpił po powstaniu listopadowym, kiedy właściciele zakładów włókienniczych z Łodzi zaczęli przenosić swoje fabryki do miasta. Białystok stał się wtedy dużym ośrodkiem włókienniczym. Nazywany był w tym okresie podlaskim Manchesterem.

    W ostatnich latach Białystok pełni coraz ważniejszą rolę turystyczną – głównie dzięki swojemu położeniu i możliwości dojazdu koleją.

    Dworzec PKP, Białystok – początek podróży

    Na pierwszy ogień poszły zabytki sakralne Białegostoku, które w tym mieście są warte uwagi – zwłaszcza dla nieobytego jeszcze ze wschodem Polski oka. Cerkiew św. Ducha, monumentalny kościół św. Rocha, cerkiew Marii Magdaleny i cerkiew św. Mikołaja.

    Kościół p.w. św. Rocha i Chrystusa Króla to modernistyczny kościół z lat 1926-1947. Usytuowany na wzgórzu, śnieżnobiały, otoczony murem godnym zamku robi niesamowite wrażenie. Wybudowany został wg projektu Oskara Sosnowskiego na planie ośmioboku zbliżonego kształtem do gwiazdy. Wcześniej na wzgórzu znajdowała się kaplica św. Rocha zbudowana przez Jana Klemensa Branickiego w 1750 roku wraz z cmentarzem sprofanowanym przez Rosjan podczas powstania styczniowego.

    W pobliżu Opery i Filharmonii Podlaskiej, na wzgórzu znajduje się cerkiew św. Marii Magdaleny. Została ufundowana w 1758 przez Jana Klemensa Branickiego jako katolicka kaplica przydrożna położona, w tamtych czasach, poza obrębem miasta. Dziś, na skutek rozrostu Białegostoku, znalazła się w centrum miasta.

    Neoklasycystyczny sobór katedralny p.w. św. Mikołaja Cudotwórcy zbudowano w 1846 roku. Malowidła wzorowane na tych znajdujących się w soborze kijowskim powstały podczas drugiego remontu świątyni w 1910 roku. Autorem polichromii był Michał Awiłow.

    Świątynie Białegostoku doprowadziły nas do trójkątnego białostockiego rynku i naszego pierwszego podlaskiego obiadu.

    Północna pierzeja rynku – w tle zespół katedralny p.w. Wniebowzięcia NMP
    Ratusz, obecnie Muzeum Państwowe, powstał w latach 1745-1761. Został rozebrany w 1940 roku, a następnie zrekonstruowany w latach 1954-1958. Korpus budynku łączy się z czterema alkierzami. Nad całością wznosi się wieża zegarowa nakryta barokowym hełmem z latarnią i iglicą.
    Moja pierwsza w życiu babka ziemniaczana – i początek wielkiej do niej miłości – i pierwszy kwas chlebowy. Jak mogłam do tego czasu nie wiedzieć o ich istnieniu? I o tym, jak bardzo brakowało ich w moim życiu? 🙂

    Z rynku przejechałyśmy pod zespół katedralny p.w. Wniebowzięcia NMP. Pierwszą świątynią w tym miejscu jest późnorenesansowy kościół z lat 1617-1626. Ufundowany przez Wiesiołowskich, przebudowany przez Branickiego miał charakter obronny. To ta biała część na zdjęciu.

    Aby ominąć zakaz władz carskich zakazujących budowy nowych kościołów, do istniejącego budynku wykonano dobudówkę. Ta dobudówka to imponujący, zbudowany w latach 1900-1905 kościół katedralny.

    Ostatnim punktem w naszym planie był podlaski Wersal – imponujący pałac Branickich, który odzyskuje splendor i urodę po zniszczeniach i grabieżach wojen światowych.

    Pałac pochodzi z pierwsze połowy XVIII wieku. W skład zespołu wchodzi nie tylko budynek pałacu, ale również dwupoziomowy park z sadzawkami i rzeźbami, galerie, oficyny i pawilony. Główne wejście na teren pałacowy wiedzie przez bramę zwaną „Gryfem”. Z bramą znajduje się dziedziniec wstępny, na którym odbywały się ćwiczenia wojskowe. Dalej oddzielony ozdobnym murem dziedziniec honorowy, na którym toczyło się życie dworu. Obecny wygląd pałacu to efekt pracy wielu wspaniałych architektów.

    Budynek pałacu składa się z trójkondygnacyjnego korpusu głównego i dwóch skrzydeł. Bogato zdobiona fasada, arkady i ozdobny balkon, hełmy i attyki zasłużyły dla pałacu na miano polskiego Wersalu. We wnętrzach zachowało się jedynie wyposażenie pokoju chińskiego oraz kaplicy.

    SUPRAŚL

    Z Białegostoku udałyśmy się do Supraśla. Nie był to najprzyjemniejszy odcinek naszej trasy, a że był pierwszy – nastawił nas lekko pesymistycznie. Rozkopana droga, konieczność jazdy wśród samochodów na długich, ciasnych odcinkach ruchu wahadłowego – a wiadomo rower nie jedzie tak szybko jak auto. Z tego co mi się udało znaleźć w sieci obecnie ten odcinek jest już zrobiony. Zakończenie etapu w uroczym Supraślu trochę poprawiło nam humory, pomogła też kolejna porcja babki ziemniaczanej.

    Supraśl powstał około 1500 roku. Według legendy miejsce wybrała Boża Opatrzność, którą o przewodnictwo poprosili mnisi z Gródka puszczając z biegiem rzeki Supraśl drewniany krzyż z relikwiami. Miał się on zatrzymać w miejscu najbardziej odpowiednim na budowę klasztoru i padło na uroczysko Suchy Hrud. Przez wieki Supraśl był ośrodkiem religijnym, drukarskim, przemysłowym. Dziś, ze statusem uzdrowiska, skupia się na turystyce.

    Główną atrakcją i symbolem miasta jest klasztor prawosławny, którego zabudowania otaczają znajdującą się w centrum placu cerkiew. Z lotu ptaka zespół wygląda imponująco, ale i z ziemi jest co podziwiać.

    W mieście znajdują się dwa warte odwiedzenia muzea – Ikon, oraz Sztuki Drukarskiej i Papiernictwa. My niestety ich nie odwiedziłyśmy, ponieważ spędziłyśmy w Supraślu późny wieczór i noc, ale jeśli jeszcze kiedyś będę w okolicy, nie omieszkam nadrobić.

    Przemysłowy rozwój zawdzięcza Supraśl podatkowi nałożonemu przez władze carskie po upadku Powstania Listopadowego na towary z Królestwa Polskiego. Rody Zachertów i Buchholtzów postanowiły przenieść swoje biznesy poza granicę Królestwa i wybór padł na Supraśl. Wraz z fabrykami przenoszą się także pracownicy. Po nich do dziś w Supraślu pozostały zbudowane przez Zacherta domy, tzw. domy tkaczy stojące wzdłuż ulicy 3 Maja.

    Pamiątką po drugim rodzie jest znajdujący się w centrum miasteczka Pałac Buchholtzów. Jest to poniekąd pomnik miłości Adolfa Buchholtza Juniora do Adeli Marii, córki Karola Scheiblera, bogatego łódzkiego przemysłowca, który pilnował, żeby córka miała godne warunki po ślubie i wymagał ich zapewnienia od przyszłego zięcia.

    Obecnie w pałacu mieści się liceum plastyczne.

    Jednak to, co mnie urzekło najbardziej w Supraślu, to wieczór nad rzeką. Delikatna mgła, leniwy nurt, śpiew ptaków… Cudowne miejsce na odpoczynek i regenerację po ciężkim dniu.

    W Supraślu corocznie odbywają się Spotkania z Naturą i Sztuką Uroczysko. W ramach Spotkań z Naturą i Sztuką odbywają się: zajęcia warsztatowe, koncerty, wystawy, spektakle, spotkania autorskie, sesje przyrodnicze, rajdy i wycieczki przyrodniczo-turystyczne, spotkania z podróżnikami, pokazy filmów dokumentalnych i fabularnych, imprezy i festyny plenerowe, a wśród nich Festiwal Kuchni Regionalnych i Mistrzostwa Świata w Pieczeniu Babki i Kiszki Ziemniaczanej, a wszystko inspirowane przyrodą i kulturą pogranicza północno-wschodniej Polski. Jeżeli efekty pracy uczestników Mistrzostw są później przeznaczone do degustacji zdecydowanie warto uwzględnić Uroczysko w swoich rocznych planach.

    Z Supraśla skierowałyśmy się w stronę Sobótki – nasz pierwszy, z dwóch zaplanowanych, zjazd ze szlaku to Szlak Tatarski.


    Pozostałe artykuły z wyprawy szlakiem Green Velo: Wstęp // Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski // Gródek, Kraina Otwartych Okiennic i Narew // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin

  • Polska,  Rowerem,  Travel

    Wschodni szlak rowerowy Green Velo

    Wschodni szlak rowerowy Green Velo… To był rok 2018 i do głowy wpadł mi szalony pomysł wybrania się w wakacje na szlak Green Velo. Miało być doskonale. Miałam wszystko zaplanować – kolejne odcinki, wszystko warte zobaczenia, noclegi. Treningi miały się zacząć od wczesnej wiosny, żeby formy starczyło. Ile z tego wyszło? Nie będę się wypowiadać, bo musiałabym użyć słów uznawanych za nieparlamentarne. Niemniej jednak, chociaż wiele mówiło, żeby wyjazd odłożyć w czasie, ruszyłyśmy w sierpniu w drogę. My, czyli ja i moja mama – adekwatnie ode mnie starsza, która zniosła ten wyjazd zdecydowanie lepiej niż ja.

    Początek naszego Green Velo
    Green Velo, dworzec w Białymstoku

    Powiecie – 2018 był dawno temu. Czasy pre-covid jawią się jako prehistoryczne. Czemu teraz dopiero piszę o tych wakacjach i o Green Velo? Cóż, miałam do szlaku [niesłusznie, bo powinnam mieć do siebie] pewien żal za to, jak wycieczka nam się skończyła, a raczej jak została przerwana, ponieważ nie ukończyliśmy zaplanowanej trasy. Od początku prawie dokuczały mi dłonie, co przerodziło się w poważny, do dziś nie rozwiązany problem, który zmusił mnie do narzucenia na rower pokrowca i zapomnienia o nim na kilka lat [dzisiaj już z pomocą fizjoterapii jestem w stanie robić krótkie trasy], a gdzieś za Puszczą Białowieską odmówiło mi współpracy kolano. I kolano to tylko moja wina – brak odpowiedniego treningu spowodował zaciągnięcie rzepki. Udało mi się co prawda znaleźć fizjoterapeutę, który poddał mnie torturom, zatape’ował i podpowiedział ćwiczenia, ale niestety nie pomogło. Zamiast w Chełmie skończyłyśmy w Terespolu. Teraz w końcu chcę Wam pokrótce przedstawić naszą trasę, ciekawe miejsca i moje wnioski dotyczące pierwszej i, mam nadzieję, nie jedynej w moim życiu wielodniowej wycieczki rowerowej.

    W tym poście znajdziecie garść informacji o Green Velo, informacje dotyczące spraw technicznych, wyposażenia. W kolejnych – opisy trasy i miejsc, które udało nam się odwiedzić, a powiem Wam, że wschód Polski urzekł nas obie jednako. Poza drogami, zachwyca tam wszystko.

    CZYM JEST WSCHODNI SZLAK ROWEROWY GREEN VELO?

    Wschodni szlak rowerowy Green Velo to ponad 2000 kilometrów tras rowerowych o różnym standardzie. Prowadzą przez pięć wschodnich województw Polski. Przebiega przez piękne i relatywnie mało znane większości rejony Polski. Krainy zróżnicowane kulturowo i ciekawe historycznie. Szlak jest dość dobrze oznakowany. Wybudowane zostały MORy – czyli miejsca obsługi rowerzystów, różniące się bardzo od siebie. Od miejsc z mapką i ławką, po MORy wyposażone w prysznice, czy miejsca na grilla. Nigdy nie wiadomo, na jaki trafimy następnym razem. Nie wiadomo też niestety, kiedy na MOR trafimy, chociaż strona szlaku podaje informację, że powinny się znajdować co maksymalnie 10 kilometrów.

    Green Velo MOR Werchlis
    MOR w miejscowości Werchliś, Green Velo

    Ułatwieniem dla turystów na szlaku jest niewątpliwie wyznaczenie tak zwanych MPRów, czyli miejsc przyjaznych rowerzystom. Są wśród nich serwisy i wypożyczalnie rowerowe, noclegi – które oznaczone są symbolami zgodnie z proponowanymi dla rowerzystów udogodnieniami [czy znajduje się na miejscu stojak, czy zamknięty garaż dla roweru, czy można rower naprawić lub wypożyczyć itp], czy atrakcje turystyczne. Wszystkie są zaznaczone w aplikacji Green Velo. Ich spis, z opisami, znajdziecie też na stronie szlaku.

    PRZEBIEG SZLAKU GREEN VELO

    Trasa szlaku Green Velo rozpoczyna się w województwie warmińsko-mazurskim, w Elblągu. W obrębie tego województwa znajduje się około 420 kilometrów szlaku. Następnie Green Velo prowadzi przez województwo podlaskie – ok. 592 kilometry, lubelskie – 351 kilometrów, podkarpackie – 428 kilometrów i świętokrzyskie – 190 kilometrów. 

    Z Elbląga szlak prowadzi na wschód. Przez Frombork, Lidzbark Warmiński, dociera do styku granic Polski, Litwy i Rosji, skąd rusza na południe. W Przemyślu szlak skręca na zachód, a następnie północ by przez Rzeszów, Tarnobrzeg i Kielce dotrzeć do Końskich – gdzie Green Velo ma swój koniec.

    NASZA WYCIECZKA WSCHODNIM SZLAKIEM ROWEROWYM GREEN VELO

    Nasze rowerowe wakacje na szlaku Green Velo miały zaczynać się w Białymstoku, a skończyć się w Lublinie. Ostatnim miejscem na szlaku miał być Chełm. Od niego miałyśmy odbić na Lublin, skąd można było się dość łatwo dostać na Śląsk. W planie miałyśmy dwie pętle dodatkowe – szlak tatarski oraz zobaczenie Krainy Otwartych Okiennic. Jak już wspomniałam planu nie udało nam się zrealizować. Chociaż planowałyśmy trasę pół roku, wzięłyśmy palnik – na wypadek gdyby nie było gdzie kupić herbaty, karimaty i śpiwory – gdyby nie było gdzie nocować, choć zabrałyśmy latarki, power banki, dwa zestawy dętek i innych arcyważnych rzeczy na każdą okoliczność, musiałyśmy się poddać. Nie było w sakwach zapasowej nogi.

    Siódmego dnia w moim kolanie zaczęły się dziać dziwne i niepokojące rzeczy. Wrażenie, jakby rzepka stukała o kość udową i dość spory ból, a w perspektywie zbliżenie się do wschodniej granicy i brak miast na szlaku skłoniły mnie do poszukania fizjoterapeuty. Jedyne miejsce, gdzie można było takowego znaleźć to były Siemiatycze. Pan fizjo ulitował się nade mną i przyjął mnie na CITO. Tyle bólu, ile on mi zadał, nie zadało mi kolano ani przed, ani po wizycie, ani nawet suma sumarum. Stwierdził, że trzeba dzień odpocząć. Dał ćwiczenia na poluzowanie rzepki – która podobno była zaciągnięta, przykleił rolkę taśmy i posłał mnie w świat z nadzieją, nie obietnicą, że może będzie dobrze. Nie było dobrze. Skończyłyśmy swoje wakacje przedwcześnie w Terespolu, czy raczej w Chotyłowie, bo z Terespola pociągiem wydostać się nie szło.

    Mimo wszystko udało nam się zobaczyć sporo pięknych miejsc. Oto przebieg naszej trasy:

    Białystok – Supraśl – Sokółka – Bohoniki – Wiechlesie – Talkowszczyzna – Krynki – Kruszyniany – Waliły – Gródek – Michałowo – Hieronimowo – Saki – Trześcianka – Puchły – Trześcianka – Narew – Eliaszuki – Siemianówka – Narewka – Janowo – Białowieża – Hajnówka – Istok – Dubicze Cerkiewne – Kleszczele – Dobrowoda – Czeremcha – Repczyce – Miedwieżyki – Rogacze – Milejczyce – Żerczyce – góra Grabarka – Siemiatycze – Mielnik – Zabuże – Gnojno – Stary Bubel – Janów Podlaski – Wierchliś – Zaczopki – Neple – Terespol

    CO ZABRAŁYŚMY ZE SOBĄ?

    Oba rowery miały po dwie duże sakwy oraz mniejsze torby na pierdoły. Mama miała plecak, który zapinała na bagażniku. Wszystko, co ze sobą zabrałyśmy spokojnie nam się zmieściło. Na różnych postojach mama zabierała plecak, ja małą sakwę montowaną na ramę, w których miałyśmy co cenniejsze rzeczy – telefony, aparat, dokumenty. Zostawianie całej reszty bez nadzoru, w tym zostawianie roweru, przyprawiało mnie o gęsią skórkę. Miałam co prawda dwa zapięcia, jedno którym mocowałam przednie koło do ramy i stojaka, drugi, którym mocowałam tylne koło do ramy i siodełka, ale nadal bałam się za każdym razem kiedy traciłam rower z oczu. Oczywiście nic się nie stało, nic nam nie zginęło i nikt nie próbował [wg naszej wiedzy] przy rowerach majstrować.

    Z ubrań zabrałam: kurtkę przeciwdeszczową, bluzę rozpinaną, koszulki x3, coś do spania, windstopper, skarpetki x3, bieliznę, czapkę z daszkiem, dwie pary spodenek, 2 pary getrów długich, dwie bluzy termiczne, sandały.

    Akcesoria rowerowe: rękawiczki, buty SPD, zapięcia, multitool rowerowy, licznik, oświetlenie, sakwy tylne, zestaw naprawczy do dętek plus łyżki do opon, zapasowa dętka, pompka, bidon.

    Kuchnia/apteczka: kosmetyki [mydło chlebowe, które robi za mydło i szampon, pasta i szczoteczka do zębów, szczotka, krem UV, zapasowe soczewki + płyn, chusteczki nawilżane], apteczka [bandaż, plastry, rutinoscorbin, maść przeciwzapalna, elektrolity, isotonic, magnez], ręcznik, okulary przeciwsłoneczne, herbata i kawa, cukier/sól/pieprz, termos i kubek termiczny, sztućce, nóż, posiłek liofilizowany [na wszelki wypadek], batony, garnuszek.

    Inne: zapałki, sznurek, trytytki, taśma izolacyjna, power bank, ładowarki [wiadomo], telefon, mapy [te które udało się zdobyć], aparat, palnik i butla gazowa mała, śpiwór, materac dmuchany, płachta przeciwdeszczowa.

    Czego zabrakło? Zdecydowanie smaru i tego urządzonka do smarowania łańcucha. Na piaszczystych drogach Podlasia łańcuch szybko wymiękł i trzeba było szukać pomocy. Pół trasy przeleciałam na oleju rzepakowym 🙂

    Płachta i palnik się nie przydały, ale podczas kolejnych wycieczek na pewno też je zabiorę, bo mogę nie mieć tyle szczęścia do pogody, co tym razem. Przydał się za to śpiwór i materac – podczas noclegu w szkole. Dętki były grzeczne więc nie trzeba było łatać na szczęście 🙂

    Power bank przydał się bardzo. Często musiałyśmy wspomagać się mapami google, telefon był też potrzebny do szukania noclegów, czy miejsca do zjedzenia obiadu, szukanie sieci też zżera baterie, więc już w połowie dnia telefon jechał na kablu.

    PODSUMOWANIE

    Suma sumarum udało nam się zrobić prawie 500 kilometrów. Może nie dużo, ale za to zwiedziłyśmy spory kawałek Polski i zobaczyłyśmy naprawdę dużo pięknych miejsc. Szczególne miejsce w naszych sercach zyskała podlaska przyroda.

    Tutaj mały postój – mama wpadła w łąkę zbierać zioła na herbatkę wieczorem.

    Noclegi udawało nam się załatwiać na bieżąco. Zazwyczaj w porze obiadowej wchodziłam w google i po określeniu mniej więcej ile jeszcze przejedziemy szukałam agroturystyk. Zazwyczaj znajdowałam nocleg w max trzy telefony. Nie zawsze się udało – raz nocowaliśmy w szkole. Cenowo wychodziło nie najgorzej, najdroższy nocleg kosztował nas koło 50złotych za osobę.

    W kość nam dały trochę podlaskie drogi, na których asfalt był rzadkim widokiem – nawet na drogach, które na mapach były zaznaczane jako asfaltowe.

    W drodze do Krainy Otwartych Okiennic

    Z nieznanych mi powodów piaskowe drogi często jeszcze były przeorane poprzecznymi bruzdami, które zamieniły tabletki Isostara w proszek. Wolałam nie zastanawiać się, co robią z moimi nerkami. Nawet miejscowi nie umieli mi wyjaśnić tej tajemnicy, zdradzali za to, że zawieszenia w samochodach wysiadają im na tym w kilka lat, więc auta stoją w garażach, a oni jeżdżą po okolicy rowerami. Polska B pełną gębą.

    Nic jednak – ani paskudne drogi, ani kontuzja, ani ból nie sprawiły, że żałowałam wyjazdu choćby przez minutę i mam twarde postanowienie zrobić resztę szlaku, jak będzie to możliwe.


    Kolejne wpisy: Białystok i Supraśl // Szlak Tatarski – Sokółka, Bohoniki, Kruszyniany // Green Velo i Kraina Otwartych Okiennic // Białowieża i Białowieski Park Narodowy // Green Velo – Hajnówka, Dubicze, Kleszczele, Rogacze // Grabarka, Janów, Pratulin

  • Polska,  Swego nie znacie...,  Travel

    Swego nie znacie: Gliwice

    „Swego nie znacie…” to blogowy cykl o podróżach najmniejszych, po najbliższej okolicy Tychów, w których mieszkam, a których okolice zawsze traktowałam po macoszemu. O zwiedzaniu Katowic, które zawsze były tylko miejscem, w które się jechało na ciuchy, Bielska – które było jedynie bazą wypadową w góry i innych miejsc, które nie wydają się być ciekawe, a są. W dzisiejszym wpisie zapraszam na spacer po Gliwicach.

    Wstęp

    Gliwice. Ta nazwa nigdy nie wywoływała we mnie skojarzeń z miastem, które warto odwiedzić. Kojarzyły mi się raczej z obrazem miasta szarego, fabrycznego, nieciekawego. Trzeba było wypadu na Giełdę Minerałów i Biżuterii, żeby Gliwice mnie zaciekawiły, bowiem to, co widziałam z okna samochodu nie pokrywało się z moimi założeniami w najmniejszym stopniu. Dlatego też przy najbliższej okazji wybrałam się do Gliwic na jednodniową wycieczkę.

    Rynek w Gliwicach

    Miasto zostało założone w XIII wieku na prawie niemieckim. Z Niemcami zresztą wiąże się większość historii Gliwic i zwiedzając miasto, można to zauważyć. Budynek byłej Poczty Głównej, kamienice wzdłuż ulicy Zbawienia, kanał, odlewnia – wszystko to Gliwice zawdzięczają Niemcom. Nadanie Gliwicom praw miejskich w 1276 roku czyni je jednym z najstarszych miast na Śląsku.

    Budynek byłej Poczty Głównej

    Stare miasto i rynek

    Centralnym punktem Gliwic jest rynek starego miasta datowany jest na XIII wiek. Zachował on średniowieczny układ – prawie kwadratowy rynek z ulicami odchodzącymi od jego narożników. Kamienice usytuowane wokół rynku wyglądają na historyczne jednak w przeważającej części uległy one zniszczeniu podczas II Wojny Światowej. Swój wygląd zawdzięczają projektowi inżyniera Franciszka Maurera, według której wykonano powojenną odbudowę. Odnowę nawierzchni rynku , podczas której archeolodzy odkryli studnię, przeprowadzono w 2010 roku.

    Na środku rynku znajduje się ratusz. Pierwszy, drewniany, stanął w tym miejscu w XIII wieku. Obecny budynek zbudowany został w XV wieku i później był przebudowywany. W restauracji znajdującej się w podziemiach ratusza można podziwiać pozostałości po ratuszu z XIII wieku.

    Zaskakująca w mieście na Górnym Śląsku jest fontanna na rynku, która przedstawia Neptuna. Dziwi ona jednak tylko dopóki nie skojarzy się jej z faktem, że dzięki Kanałowi Kłodnickiemu miasto miało [i nadal ma] dostęp do morza. Wykonana z piaskowca przez Johannesa Nitsche w 1794 roku. Port Gliwice jest dziś najnowocześniejszym i najbardziej uniwersalnym portem śródlądowym w kraju. Znajduje się nad Kanałem Gliwickim i został wybudowany w trakcie budowy kanału. Pierwszy port w Gliwicach znajdował się nad Kanałem Kłodnickim.

    Jerzy z widłami – tak gliwiczanie pieszczotliwie nazywają Neptuna z fontanny na rynku.

    Nieopodal rynku znajduje się gotycki kościół pw. Wszystkich Świętych. Jego licząca 63 metry wieża, to punkt widokowy, na który można wejść od maja do września między 16:00 a 17:00 w niedzielę, lub w październiku i listopadzie o godzinie 19:30 w sobotę. Wstęp kosztuje 7 zł.

    Radiostacja Gliwice

    Leżąca na Szlaku Zabytków Techniki gliwicka radiostacja to zabytek unikatowy w skali świata – najwyższa drewniana budowla, ale również obiekt ciekawy historycznie. To tu, 31 sierpnia 1939 roku, odbyła się średnio udana tzw. Prowokacja Gliwicka.

    Na hasło: Babcia umarła, przekazane telefonicznie czekającej w hotelu Haus Oberslesien od dwóch tygodni grupie pod dowództwem Alfreda Naujocksa rozpoczęto akcję prowokacyjną mającą usprawiedliwić działania wojenne Hitlera przed Europą oraz przekonać wszystkich, że agresorem była strona polska. Grupa, przebrana za polskich partyzantów weszła do budynków radiostacji w celu nadania przygotowanego wcześniej oświadczenia. Szybko się okazało, że obiekt był jedynie stacją przekaźnikową, a aparatura i studio nagraniowe znajdowały się w innym obiekcie. Ostatecznie udało się znaleźć mikrofon do nadawania awaryjnego, ale treść odezwy nigdy nie poszła w eter. W skutek błędnego podpięcia aparatury bądź celowego sabotażu pracowników nadano jednie fragment: „Uwaga, tu Gliwice! Radiostacja znajduje się w rękach polskich…”. Nieświadomi niepowodzenia napastnicy kontynuowali wykonanie planu. Dla uwiarygodnienia historii o polskim ataku przyprowadzono i zabito Franza Honioka, Ślązaka, którego aresztowano kilka dni wcześniej. O fiasku – częściowym – akcji grupa Naujocksa dowiedziała się dopiero po powrocie do hotelu, jednak pomimo problemów zdołano użyć propagandową wartość wydarzenia. Jeszcze tego samego dnia z Berlina nadano wiadomość o polskim ataku na stację, a dnia następnego informacja znalazła się w gazetach.

    Szczegóły wydarzeń tamtej nocy poznano podczas procesu norymberskiego w 1946 roku gdy przesłuchiwano Alfreda Naujocksa.

    Zabudowania Radiostacji Gliwickiej

    Wieża radiostacji ma 110,7 metra wysokości. Drewniana konstrukcja połączona jest 16 tysiącami mosiężnych śrub. Zastosowanie jako budulca drewna i mosiądzu podyktowane było pozycją anteny – zamiast zwyczajowego rozwieszenia kabla pomiędzy dwoma wieżami, w Gliwicach zastosowano pionowe ułożenie kabla, stąd konieczność użycia materiałów, które nie będą wywoływać zakłóceń sygnału. Audycje nadawane w Gliwicach słyszalne były w Europie, a w nocy, przy sprzyjających warunkach nawet w USA czy Nowej Zelandii. Na terenie ówczesnych Niemiec powstało kilka podobnych konstrukcji – gliwicka jest jedyną zachowaną.

    Nadajnik w Radiostacji Gliwice. Po zakończeniu wojny z radiostacji nadawano program Polskiego Radia Katowice, w latach 1950-1956 nadajnik wykorzystywany był jako „zagłuszarka” sygnału programów zza żelaznej kurtyny. W zabudowaniach mieściła się jednostka produkująca nadajniki średniofalowe, urządzenia dla telewizji. Muzeum w Gliwicach otrzymało obiekt od miasta w 2005 roku.

    Aktualne informacje dotyczące godzin otwarcia, cen biletów i kontaktu na stronie Muzeum w Gliwicach.

    Willa Caro

    Willa Caro zbudowana w latach 1882-1885 należy do wąskiego grona miejskich rezydencji Górnego Śląska, których wystrój zachował się w niemal niezmienionym stanie. Powstała na zamówienie śląskiego przemysłowca Oscara Caro, ale jej projektant pozostaje nieznany. Pierwotnie budynek był jednopiętrowy, a dodatkowe piętro dobudowano w 1924 roku, po przejęciu domu przez spółkę przemysłowo-budowlaną. Na własność Muzeum w Gliwicach [wtedy Muzeum Górnośląskiego w Gliwicach] willa przeszła w roku 1934.

    Dla zwiedzających udostępniony jest parter willi z pomieszczeniami mieszkalnymi oraz piętro, na którym mieszczą się wystawy czasowe. Podczas mojej wizyty były to zbroje samurajów oraz naczynia fabryki Rosenthal.

    Zwiedzanie zaczynamy od jadalni utrzymanej w stylach neobarokowym i neorenesansowym. Obecnie odbywają się tu koncerty i konferencje, więc jej wyposażenie stanowią krzesła, jednak bogate zdobienia sufitu i tak kradną uwagę. Kolejne pomieszczenia to salony – duży i mały, pokój oraz muzeum pana domu.

    Adres: Dolnych Wałów 8a

    Aktualne godziny otwarcia i ceny biletów znajdziecie na stronie obiektu. W poniedziałki willa jest niedostępna dla zwiedzających.

    Podsumowanie

    Gliwice zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie, a jeszcze nie zobaczyłam wszystkiego, co mają do zaoferowania. Wśród tych, które pominęłam z braku czasu znajdują się między innymi:

    • Palmiarnia [przed wejściem stała zdecydowanie zbyt długa kolejka]
    • Katedra Świętych Apostołów Piotra i Pawła
    • drewniany kościół pw. WNMP
    • zamek piastowski
    • drewniany kościół św. Jerzego
    • stary kościół pw. św. Bartłomieja
    • Centrum Edukacji i Biznesu Nowe Gliwice z Muzeum Odlewnictwa

    Wydaje się, że to dość, żeby zaplanować kolejną wizytę w mieście, które wydawało mi się, nie ma niczego do zaoferowania turyście.


    W cyklu „Swego nie znacie” powstały już wpisy o Parku Gródek i GEOsferze w Jaworznie, Bielsku Białej, Pałacu Pławniowice, Ogrodach Kapias w Goczałkowicach i skansenie w Chorzowie.

  • Polska,  Travel

    Zamek w Krasiczynie

    Leżący niedaleko Przemyśla zamek w Krasiczynie jest jednym z najładniejszych zamków w Polsce [opinia subiektywna:)]. Jest to te jeden z najpiękniejszych pomników polskiego renesansu. Biały czworobok z czterema narożnymi okrągłymi wieżami na tle zieleni dookoła prezentuje się imponująco i trochę bajkowo.

    Zamek w Krasiczynie. Z prawej Baszta Boska, z lewej – Papieska.

    Wspomniane wieże nazwane zostały – Boską, Papieską, Królewską i Szlachecką. Jednym z najcenniejszych elementów architektonicznych zamku jest mieszcząca się w Baszcie Boskiej kaplica. Uwagę przyciągają również bogato rzeźbione portale, loggie, arkady. Unikalne są dekoracje ścienne, tzw. sgraffita, których powierzchnię szacuje się na 3500 metrów kwadratowych. Przedstawiają one między innymi wizerunki polskich królów i rzymskich cesarzy. Zdobienia i dekoracje są dziełem przemyskich rzemieślników.

    Do zamku prowadzi kamienny most. Na dziedziniec wchodzimy przez bramę zwieńczoną wieżą zegarową.

    HISTORIA ZAMKU KRASICZYN

    Przebudowę zamku rozpoczął w XVI wieku kasztelan przemyski Stanisław Krasicki. Wcześniej istniejący na tym miejscu drewniany obiekt powstał prawdopodobnie w XIV wieku. Zbudowali go Paweł i Janota, protoplaści rodu Orzechowskich. Syn Stanisława, Marcin, przebudował zbudowany przez ojca prosty zamek obronny w rezydencję, która przetrwała do naszych czasów w praktycznie nie zmienionej formie. Prace nadzorował włoski architekt Galeazzo Appani. Trwały one do śmierci Marcina.

    Po bezpotomnej śmierci Marcina Krasickiego właścicielem zamku w Krasiczynie został jego bratanek. Kolejnymi właścicielami byli Modrzewscy, Wojakowscy, Tarłowie, Potoccy i Pinińscy. Ostatni właściciele – Sapiehowie – przeprowadzili remont zamku oraz znacznie rozwinęli gospodarczo przynależne do niego grunta. Zamek utracili po drugiej wojnie światowej. Krasiczyn przejęło państwo. Utworzono w nim Technikum Leśne, a w latach siedemdziesiątych mecenat nad zamkiem przejęło FSO, a po jego likwidacji Agencja Rozwoju Przemysłu.

    Pechowe dla zamku okazywały się kontakty z Rosjanami. W 1726 roku spustoszyły go wojska carskie i Kozacy. Ówczesny właściciel – Jan Tarło – nie zdołał doprowadzić zamku do poprzedniego stanu. W 1939 roku, kiedy Krasiczyn na mocy paktu Ribbentrop Mołotow przypadł Sowietom, zamek po raz kolejny został przez nich zdemolowany. Zbezczeszczono też grobowiec. Metalowych trumien, po wyrzuceniu z nich zwłok, żołnierze używali jako wanien. Na rozpalonym na środku dziedzińca stosie spłonęło wszystko, czego Sapiehowie nie zdążyli uratować. Przekazy mówią, że ognisko płonęło przez półtora tygodnia.

    Relacja Andrzeja Sapiehy na temat tego, co zastał w zamku w 1941 roku za: Ksiądz Stanisław Bartmiński, Krasiczyn. Dzieje parafii i społeczności naszkicowane przez starego proboszcza.

    Na podłogach śmiecie, szmaty, papiery, porozrzucane i poniszczone
    książki. Ściany pstro pomalowane, obwieszone propagandowymi obrazami
    i afiszami. Mebli żadnych – w ich miejsce mnóstwo drewnianych prycz. W łazienkach wanny i umywalnie powyrywane. W baszcie sierpy i młoty w miejsce herbów. W kaplicy kompletna ruina: rzeźby na ścianach zniszczone aż do wysokości, do jakich dzicz mogła sięgnąć, ołtarze, ławki gdańskie, chórek drewniany i tablice marmurowe wyrąbane. Wszystkie 3 pomniki zniknęły. Grobowiec zamknięty, ale słyszeliśmy, że był zbezczeszczony. Kościół w miasteczku w strasznym stanie. Była w nim stajnia i podobno rzeźnia, bo były ślady krwi na podłodze. Nie ma ołtarzy ani ambony a ściany gołe. Domy miasteczka prawie wszystkie rozebrane.

    W notatkach prasowych wydawanych po wojnie zniszczenia przypisywano uchodźcom [link]. Jedynym ocalałym pomieszczeniem był salonik myśliwski, do którego wejście zostało zamurowane. Uniemożliwiło to Rosjanom znalezienie go.

    Na zamku gościli królowie Zygmunt III Waza, Władysław IV, Jan Kazimierz i August II.

    Zamek w Krasiczynie, 1939, fot. A. Lenkiewicz. Ze zbiorów polona.pl

    KRASICZYN DZISIAJ

    Pod zarządem Agencji Rozwoju Przemysłu S.A. w Krasiczynie przeprowadzono prace remontowe i konserwatorskie. Utworzono hotel, restaurację i centrum konferencyjne. W baszcie Boskiej odrestaurowano kaplicę, która pod względem urody porównywana jest z tą na Wawelu. Można w niej na przykład wziąć ślub.

    Zamek Krasiczyn zwiedzań można siedem dni w tygodniu od godziny 9 do 16 od kwietnia do października. Zwiedzanie budynku odbywa się z przewodnikiem [start o pełnych godzinach]. Bilet normalny gwarantujący kompleksowe zwiedzanie kosztuje 25 zł, ulgowy – 19 zł. Można również wykupić bilet do samego parku [4/2 zł] lub na zwiedzanie zamku bez wieży i lochów [18/12 zł]. Po sezonie można się umówić na zwiedzanie telefonicznie.

    Nocować w Krasiczynie można na zamku, w Powozowni, w pawilonach Myśliwskim i Szwajcarskim. W tym ostatnim dodatkowe atrakcje zapewnia duch Zosieńki, która odebrała sobie życie przez złamane serce. Przy pobycie minimum trzydniowym pobyt w Pawilonie Szwajcarskim to koszt od 80 do 100 złotych ze śniadaniem. Całkiem przyzwoita cena jeśli weźmiemy pod uwagę otoczenie.

    Po więcej informacji można się udać na stronę zamku.

    PARK ZAMKOWY

    Obecny wygląd zamku jest głównie zasługą Sapiehów. Pod ich opieką został on uporządkowany i odnowiony. Znaleźć w nim można ponad 200 gatunków drzew i roślin egzotycznych, które z licznych podróży przywozili członkowie rodu. Wiele gatunków znajduje się na liście roślin chronionych, na przykład sosna limba, która poza parkiem rośnie w Polsce jedynie w Tatrach. Znajdziecie tu też platany, orzech czarny, cyprysiki, korkowca, miłorząb, modrzewie, jarząby i wiele innych.

    Na terenie parku można znaleźć drzewa – pomniki rodzinne. Rodzina Sapiehów miała w zwyczaju sadzić drzewo po urodzeniu każdego kolejnego potomka. Lipy sadzone były po narodzinach córki, dęby – syna. Pod drzewami zachowały się kamienne tablice z imionami i datami urodzin dzieci Adama Sapiehy.

    Park w Krasiczynie, tablica upamiętniająca narodziny syna Adama Sapiehy – Leona.

    Więcej na temat rosnących w parku rośli i drzew dowiecie się ze strony zamku.

  • Polska,  Travel

    Przemyśl – miasto na siedmiu wzgórzach

    Jest jakaś przyciągająca siła we wzgórzach skoro tyle miast na nich powstało. Jednym z nich, które jak Rzym powstało na siedmiu, jest Przemyśl. Miasto jest niewątpliwie pełne uroku, chociaż podczas mojej pierwszej w nim wizyty nie zaiskrzyło między nami. Trzeba było kolejnej, lata później, żeby urok Przemyśla wywarł na mnie wpływ.

    Akcja czwartego tomu „Przygód dobrego wojaka Szwejka” toczy się w Przemyślu. W mieście znajdziecie sporo nawiązań do postaci. Na zdjęciu odsłonięta 12 lipca 2008 ławeczka – pomnik. W 2006 jedna z ulic zyskała nazwę Zaułek Wojaka Szwejka. W mieście działa również Przemyskie Stowarzyszenie Wojaka Szwejka, które m.in. organizuje coroczne Wielkie Manewry Szwejkowskie w Twierdzy Przemyśl.

    GARŚĆ INFORMACJI O PRZEMYŚLU

    Przemyśl to miasto z ponad tysiącletnią historią. Jest jednym z najstarszych i najpiękniejszych miast w tej części Europy. Położony w południowo wschodniej części Polski jest nieźle skomunikowany z resztą kraju. Ze Śląska jechaliśmy praktycznie cały czas autostradą. Chociaż zrobiła się ona przyjemna dopiero jakieś sto kilometrów za Krakowem, to doprowadziła nas prosto do celu.

    Według legendy przytoczonej przez Jana Długosza Przemyśl założył książe Przemysław. Miasto powstało w miejscu, w którym upolował niedźwiedzicę, która znalazła się w herbie. W miejscu polowania powstała osada. Gdy zastanawiano się, jaką nadać jej nazwę pewna starsza kobieta powiedziała: „Myśl, nie myśl, najlepszy będzie Przemyśl”. Tak też osadę nazwano.

    Najstarsza wzmianka o mieście pochodzi z 981 roku. W Latopisie Nestora wspomniane jest zajęcie grodu przez księcia kijowskiego Włodzimierza. Przemyśl ponownie wcielony został do Polski przez Kazimierza Wielkiego. Na rozkaz króla wybudowano zamek przemyski. W 1772 roku Przemyśl zajęli Austriacy. Za ich panowania rozpoczęto w 1854 roku budowę Twierdzy Przemyśl.

    Przemyśl, zamek. Zamek został wzniesiony przez Kazimierza Wielkiego po 1340 roku. Na dziedzińcu eksponowane są relikty rotundy i palatium. Przebudowany gruntownie w stylu renesansowym w XVI wieku.

    Zabór austriacki był jak na razie najlepszym okresem miasta. Po odzyskaniu niepodległości miasto popadło w marazm, a druga wojna światowa przyniosła spore zniszczenia. Niestety władze miały na Przemyśl pomysł inny niż odbudowa. Ograniczono się do usunięcia gruzów, a przekazy mieszkańców opowiadają o tym, jak gruz z Przemyśla ładowano na ciężarówki i wywożono. Użyty został do budowy Rzeszowa – miasta, które miało zastąpić Przemyśl, naznaczony obecnością ośrodków religijnych, w roli stolicy regionu.

    STARE MIASTO

    10 grudnia 2018 na mocy rozporządzenia Prezydenta Rzeczypospolitej zespół staromiejski Przemyśla został uznany za pomnik historii. Spacerując po mieście można domyślić się dlaczego. Każda uliczka pełna jest urokliwych, choć czasem zaniedbanych kamienic. Wisienką na torcie jest zdecydowanie rynek. Na jego trzech bokach zachowały się kamienice z oryginalnymi podcieniami pochodzące z XVI i XVII wieku.

    Kamienice na rynku w Przemyślu
    Podcienia kamienicy przy rynku w Przemyślu.

    Rynek Przemyśla jest pochyły, co widziałam chyba pierwszy raz. Jednak położenie miasta na wzgórzach sprawia, że większość budynków ma dziwny kąt względem horyzontu i robienie w Przemyślu zdjęć jest wyjątkowo trudne. 🙂

    Przemyśl, rynek.

    Niedaleko rynku, przy placu Niepodległości znajdziecie ciekawą budowlę. Wieża zegarowa, która tam stoi miała być częścią katedry greckokatolickiej. Została wzniesiona w XVIII wieku i na tym budowa katedry się skończyła. Wieża pozostała jej jedyną wybudowaną częścią. Dzisiaj mieści w sobie muzeum fajek i dzwonów. Z tarasu widokowego podziwiać można widok na przemyską starówkę.

    PRZEMYŚL I JEGO KOŚCIOŁY

    Nie da się zwiedzać Przemyśla bez zauważenia jego najważniejszych świątyń. Zbudowane i ozdobione z rozmachem przyciągają wzrok. Nie można przejść koło nich obojętnie.

    Widok z wieży muzeum dzwonów na trzy główne kościoły Przemyśla – od lewej: archikatedra greckokatolicka, rzymskokatolicka i kościół franciszkanów.

    Archikatedra rzymskokatolicka p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Panny Marii i Św. Jana Chrzciciela została wybudowana w stylu gotyckim na przełomie XV i XVI wieku na miejscu starszej świątyni romańskiej. W podziemiach świątyni zachowane są relikty budowli romańskiej, rotundy p.w. św. Mikołaja. W XVIII wieku nastąpiła barokowa przebudowa. Obok znajduje się późnobarokowa dzwonnica o wysokości 71 metrów.

    Sanktuarium o wielowiekowej tradycji jest franciszkański kościół p.w. św. Marii Magdaleny. Jest to jedna ze świątyń, w których od samego początku ciężko się skupić na pokornej modlitwie. Od schodów, przez monumentalne kolumny na frontonie, po wystrój wnętrza – wszystko tu krzyczy: podziwiajcie.

    W kościele przechowywane są relikwie św. Wojciecha – patrona miasta, który miał je kilkakrotnie ratować w cudowny sposób.

    Druga przemyska archikatedra to świątynia greckokatolicka p.w. św. Jana Chrzciciela. Mieści się w dawnym barokowym kościele Najświętszego Serca Jezusa wzniesionym dla jezuitów w XVII wieku. Z zewnątrz wygląda jak skromniejsza wersja kościoła franciszkanów. W środku jednak zupełnie go nie przypomina. Wystrój jest o wiele skromniejszy. Znajdujący się w kościele siedemnastowieczny ikonostas pochodzi z cerkwi w Lubaczowie.

    Z ZAMKU NA KOPIEC TATARSKI

    Jednym z najwyższych punktów miasta jest Kopiec Tatarski. Wznosi się na wysokości 352 m n.p.m. i można na niego dojechać autem lub przejść spod zamku. Najstarsza legenda mówi o zniesieniu, czyli pokonaniu, w I połowie XVI wieku zagonu tatarskiego. Podczas walk miał zginąć tatarski chan. W miejscu śmierci chana według wschodnich obyczajów usypywano kopiec – pomnik.

    Trasa prowadząca przez park w kierunku Kopca Tatarskiego.

    Spod zamku podążamy trasą sugerowaną przez mapy Google. Po drodze mijamy Wzgórze Trzech Krzyży, następnie kierujemy się na wzgórze nazywane Zniesieniem. Na Zniesieniu znajduje się postawiony w 2000 roku krzyż zawierzenia oraz fort XVI „Zniesienie”.

    RZEKA SAN

    Przemyśl przecięty jest na pół [mniej więcej :)] rzeką San. Można nad nią odpocząć w wolnej chwili, zanurzyć nogi w wodzie. Pływać się nie da, bo rzeka jest płytka w tym miejscu, ale można sobie wstawić do wody leżaczek. Mniej odpornym na słońce polecam wzięcie ze sobą parasola lub oddalenie się nieco od centrum.

    Okres największego rozwoju Przemyśla przypadł na zabór austriacki. W tym okresie miasto liczyło ponad dwieście tysięcy mieszkańców – wielu z nich to Austriacy – członkowie administracji twierdzy Przemyśl, żołnierze i ich rodziny. Wiele z przemyskich kamienic pochodzi z tamtego okresu. Przechadzając się nad rzeką znajdziecie tzw. wille austriackie.


    Mam nadzieję, że powyższy post zachęcił Was do odwiedzenia Przemyśla. Miasto jest zdecydowanie warte wizyty i to dłuższej niż jeden dzień. Nie da się bowiem obejrzeć wszystkiego, co ma do zaoferowania w ciągu dnia.

  • Polska,  Travel,  Tychy

    Mobile Photo Trip Tychy

    Tychy to „moje” miasto, więc nie mogło mnie nie być na Mobile Photo Trip Tychy. Nawet, gdybym musiała iść na doczepkę. Na szczęście załapałam się do ekipy i 8 grudnia ruszyłam z resztą na zwiedzanie Tychów.

    MOBILE PHOTO TRIP

    Ideą mobile photo tripów jest rozwój i promowanie fotografii i fotografów mobilnych. W tym celu ludzie współdzielący pasję do mobilnej fotografii spotykają się w różnych miejscach Polski, wymieniają doświadczeniami i dzielą umiejętnościami, a przy okazji poznają okolicę. Efekty tych spotkań można obserwować na instagramie. Co miesiąc od września do czerwca spotkanie odbywa się w innym mieście.

    TYCHY

    Wycieczka obejmowała jedynie część tyskich standardów. Zaczęliśmy od Browaru Obywatelskiego, przeszliśmy przez osiedle A, a następnie – dzięki uprzejmości TLT, czyli Tyskich Linii Trolejbusowych, odbyliśmy wycieczkę objazdową od mozaiki pod szkołą zegowską, przez kościół Ducha Świętego, Bramę Słońca po Paprocany.

    https://www.instagram.com/p/BrICGO7jfNs/

    Dawno nie byłam tak zdziwiona, jak wtedy, kiedy trajtek porzucił swoją trasę i bez podpiętych szelek wjechał pod szkołę.

    Tichauer – Browar Obywatelski Tychy
    Kaczki na Paprocanach

    W planach był jeszcze Urząd Miasta i Park Miejski oraz spacer na Plac Baczyńskiego przez Park Niedźwiadków, ale jak to bywa z dużą grupą – zabrakło czasu. Wszyscy się ciągle rozłazili i nie umieli być nigdzie na czas – nie rzucam kamieniem, też nie jestem bez winy.

    Po przerwie obiadowej na Placu Baczyńskiego wybraliśmy się na wycieczkę do Browaru Książęcego. Wycieczka, i degustacja po niej, były sponsorowane przez browar. Tam skończyła się oficjalna część tripu.

    https://www.instagram.com/p/BrI6csRjENY/

    Wszystkie opublikowane zdjęcia z tripu znajdziecie na Instagramie. // Krótka relacja z Mobile Photo Trip Częstochowa na blogu.

  • Polska,  Travel

    Mobile Photo Trip Częstochowa

    W ramach czwartej edycji Mobile Photo Trip, która przypada na 2018/2019 rok i zakłada odwiedzenie z telefonami komórkowymi 10 miast wylądowałam 17 listopada w mieście Częstochowa. Kolejne tripy, które są w planach to Zielona Góra, Świdnica, Kłodzko, Wałbrzych, Opole, Gdynia i już w grudniu – moje własne miasto – Tychy.

    Mobile Photo Trip Czestochowa – pierwszy raz ktoś nazwał mnie fotografem

    MOBILE PHOTO TRIP

    Ideą mobile photo tripów jest rozwój i promowanie fotografii i fotografów mobilnych. W tym celu ludzie współdzielący pasję do mobilnej fotografii spotykają się w różnych miejscach Polski, wymieniają doświadczeniami i dzielą umiejętnościami, a przy okazji poznają okolicę. Efekty tych spotkań można obserwować na Instagramie. Co miesiąc od września do czerwca spotkanie odbywa się w innym mieście.

    CZĘSTOCHOWA

    Częstochowa nigdy mi się nie podobała. Komuś, kto musi przez nią przejeżdżać kojarzy się tylko źle – ograniczenia, korki, dziury w drodze lub tarka zamiast asfaltu, radary… Widoki z drogi też nie zachęcały do polubienia miasta – setki reklam, postkomunistyczne budy z blachy falistej… Oczywiście więcej dziur i wiecznie trwające roboty drogowe. O próbach przedostania się przez miasto w sierpniu nie wspomnę – pamiętam przynajmniej dwie takie jazdy autokarem przez Częstochowę w tym miesiącu, które skutkowały kliku godzinnymi opóźnieniami.

    Jedyna wycieczka do Częstochowy na jaką pojechałam nie poprawiła jej wizerunku w mojej głowie, ale czemu nie próbować dalej? 🙂 Po kilku latach, które minęły od mojej ostatniej wizyty wiele się mogło zmienić, ale niestety wiele się nie zmieniło. Może Częstochowa nie jest taka brzydka, jak mi się wydawało, ale zdecydowanie jest nudna. Bardzo nudna. I brzydka też – ruiny praktycznie w środku miasta nie powinny się znajdować i ciężko mi wymyślić powód, dla którego nikt takich miejsc nie porządkuje.

    Mimo wszystko jest jedna rzecz, którą zdecydowanie warto w Częstochowie obejrzeć, a są to murale. Jak będziecie w mieście – choćby przejazdem – warto zerknać. Świetna ściana znajduje się na przykład przy dworcu PKP; mural Wieża Babel jest przy placu, na którym znajduje się ratusz.

    Zapraszam na profil Mobile Photo Trip, a kto chce, może się jeszcze załapie na wycieczkę do Tychów, albo innego miejsca na mapie tej edycji. Warto również przejrzeć zdjęcia uczestników wycieczki – wystarczy wyszukać #mobilephototrip_czestochowa na Instagramie 🙂 Miłego oglądania.

    Zajrzyjcie też do postu z Mobile Photo Tripu po Tychach.